Fragment monologu
(Pracownia w Rzymie. - Wczesny ranek.
- Michał Anioł, stary i zgarbiony, mówi:)
Bez przerwy kułem marmur we dnie
I przez noc całą. Mrok już blednie.
Duch mi nie osłabł ani ręka,
Pod dłutem jeszcze marmur pęka
I pada w druzgach dookoła.
Czuję, że mógłbym trwać przez wieki
I coraz nowe dzieła tworzyć,
A czasem jakiś głos mię wola,
Jakiś z zaświatów glos daleki:
"Idź już spać, starcze, zmruż powieki,
By jeszcze gorszych dni nie dożyć!"
Przetrwałem takie łzy i klęski,
Że się to biedne serce lęka,
Czy nie spodliła mię już męka,
Czym nie upadły i niemęski?
Los mój był taki: swoich przeżyć
I przestać z nimi czuć i wierzyć.
Los mój był dla tych robić trumny,
Co mi deptali kraj nogami.
Myślałem, że się marmur dumny
Pod dłutem skruszy, krwią zaplami,
Ufałem, że kamienna płyta,
Gdy ją przekupne dotknie ramię,
Pozna, jak płatny rylec kłamie,
Wstrząśnie się cała i zazgrzyta,
Na drobne druzgi się rozłamie...
A wszystko złuda! Ręką moją
Powykowane wrogi stoją
I będą na nie wzdłuż stuleci
Ze czcią florenckie patrzeć dzieci.
Przeminie wstyd mój i kochanie,
A marmurowy hołd zostanie.
I wtedy przyszły na mnie noce,
W których się próżno duch szamoce,
Bezsenne, długie, pełne trudu,
Noce udręczeń i zwątpienia,
O wolność, wolność mego ludu -

Wykułem taką Noc z kamienia.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Posągi były już zaczęte
I poczynały drgać w marmurach,
Gdy wstały dni ufania święte
I Wolność szła po miejskich murach.
Opatrywała każdą wieżę,
Mówiła stróżom każdej bramy:
Jeśli wróg zechce brać, niech bierze,
Wyginiem, zanim ją oddamy".
Aż raz wyjrzałem rankiem z wieży
- Na wiekim przeklął własną duszę -
Słychać miarowy krok żołnierzy:
Wracają znów Medyceusze!
Ulica sina jest i głucha,
I nikt nie czuwa, nikt nie słucha,
Ledwo się dzionek letni mroczy.
I wtedym wolał spać, nie widzieć,
Z dniem się nie spotkać, nie zawstydzić,
Nasunąć sobie noc na oczy...
Raz pierwszy w życiu chciałem gnuśnie
Mrzeć, nie znać czasów ani ludzi.
Szczęśliwym był mi ten, co uśnie,
Szczęśliwszym ten, co się nie zbudzi.
Bo cóż mi dzień ukaże krwawy
Prócz hańby na uczciwych licach,
Skrzepłej posoki na ulicach,
Niewoli, lęku i niesławy?
Lecz ja nie umiem żyć bez trudu
I przypomniawszy, że gdzieś leży
Marmuru kawał, zszedłem z wieży.
Pobiegła za mną ciżba ludu
I ci z litością spoglądali
Na twarz mą zbladła, ci ze wzgardą,
A jam szedł w tłumie, z głową hardą;
Czułem, że dzisiaj się utrwali
Nie przemoc wrogów - nasza męka;
Miłość - nie hańba. I żelazu
Posłuszna memu, wstała z głazu
Najboleśniejszych słońc Jutrzenka.
Na oczy mrące fałd zawleka
I dnia, jasnego dnia się lęka,
Woli nie ujrzeć nic, a czeka. -
Choć bolał duch, kowala ręka.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Młodegom nigdy nie znal szalu
Ani miłości według świata,
Aż gdy nadeszły późne lata,
Wstawał mi świeży brzask pomału
I nagle zagasł. Jam się zużył,
Bom kuł bez serca, kuł, gdym służył
I zawsze jakiejś obcej sławie...
A nie wystrzeglem się omamień,
Że lejąc spiże, krusząc kamień,
Po sobie własny świat zostawię.
Dziś widzę: próżno żyłem w trudzie,
Próżnom wolności sercu nie dał...
Widzę, żem możnym się zaprzedał
I że to byli mami ludzie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Żył niegdyś wielki mistrz przede mną
Tak wielki, że się przed nim korzę.
Poszedł on w piekieł otchłań ciemną,
Potem oblicze ujrzał Boże.
Świat tak trwałymi rzeźbił słowy,
Że niczym kształt mój marmurowy.

Gdy po Florencji chodził cichy,
Dzieci rzucały nań kamieniem.
Tłum się naigrawał z jego pychy,
A on szedł wiernie za Widzeniem,
Sam szedł - z miłością i myślami -
Bo tacy są do grobu sami.

Jakbym ja za nim wiernie kroczył
I legł, jak on, w tułaczym grobie,
Byłem czuł równe serce w sobie,
Byłem to poczuł, co on zoczył.
Ja o nim z kornym myślę czołem,
Bo Pan się do mnie tak nie zbliża:
Wśród nocnych modlitw raz pojąłem,
Że Chrystus może zstąpić z krzyża,
A mnie się przeto mgłą osłania,
2e jeszcze nie dość mam kochania.

Myślałem już, że Danta zrobię,
2e sam powstanie mi z mogiły,
By rzec, jak dobyć posąg z bryły,
Aby mu godnie stał na grobie.
A znowu tylko w myślach cuda,
Znowu ból wielki, żal i złuda.

A za to budzi mię z uśpienia
Chwilami straszny papież biały
I mówi: "Nuże do kamienia!
Wstań, kamieniarzu opieszały,
Wstań, i do dłuta albo powiedz,
Gdzie wystawiłeś mi grobowiec?"

Już tylko jeden posąg zrobię
Na cichy grób samemu sobie.
Twarz mą wychudłą i zbolałą
Wezmę do twarzy Nikodema:
Rękami chwyci on obiema
Chrystusa Pana martwe ciało.
I co najświętsze jest na ziemi
I co największe jest na niebie,
Przytulać będę wciąż do siebie
Tymi rękoma szczęśliwemi.



   

Czytany: 1173 razy


=>