Skarga wiatru jesiennego

Żegnajcie, kwiaty ostatnie i drzewa
Zwarzone chłodem! Błękit nieb omdlewa
W słabym złotego uśmiechu wysiłku.
Gaśnie pogoda jesienna na schyłku,
Cicha i senna, blada i przejrzysta,
Jak szczęście, co już z siebie nie korzysta,
Jako tęsknota, która się wyrzeka
Własnej ułudy i cierpliwie czeka
Rychłego kresu, wiecznego spoczynku.

Cóż, wiew jesienny, wezmę w upominku
Po boskiej wiosny i lata słodyczy,
Zanim odlecę, aby w tajemniczej
Zaginąć dali? Życiem mym westchnienie,
A duszą trwoga straty. Jak wspomnienie,
Jestem już sobie, zanim zdołam jeszcze
Wchłonąć traw rannych ciepło, które pieszczę
I muskam w locie - choć dopiero spijam
Chłód srebrnej rosy. Mijam, ciągle mijam,
Jak czas, co wstrzymać swych skrzydeł niemocny.

Szara żałoba chmur i wiatr północny
Przerwały srogość swoją na dzień krótki,
By błysło słońce ostatnie... O, smutki
Wskrzeszonych czarów umarłej radości!
O, ożywienie przepełne żałości,
Rzeczy skazanych na śmierć! O, bolesny

Uśmiechu trupa drogiego! Niewczesny
Wieńcu więdnący na wystygłym czole!
Ach, do uśmiechu zbudzony, nie zdolę
Usnąć bez płaczu! Całunki, tęskniące
Do powitania, roztrwonię w rozłące!
Rozkoszne ciepło po to mnie przesyca,
Aby nim pieścić jak szron zimne lica!
Oto me szczęście śmiertelne, pozgonne
I me tęsknice wspomnieniom bezbronne!

Kędyż gorące barwy wasze, róże,
Którem całował wiosną w słodkiej chmurze
Zapachów dusznych, ciężkich jak oliwa,
Gdy niosłem wieści, że lato przybywa,
Żem oblubieniec, który was w łożnice
Parnych wieczorów wwiedzie, niewolnice
Miłości krótkiej jak śmierć i jak życie
Silnej! O, róże! O, jakżem obficie
Spijał łzy szczęścia z waszych ust kielicha,
Jak odurzała mnie słodka i cicha
Wonność tchnień waszych! D^iś wieszczę wam troski,
Ze szczątki waszych kras odrą przymrozki,
Co mnie ścigają!... O, brzozy urocze!
Ileż zapachów w rozwite warkocze
Wasze wplatałem, jak szepty miłosne
W włosy kochanek! Dziś łkania żałosne
Skargi w nie wikłam jak w struny zwiotczałe
Harf rozstrojonych... Stawy osowiałe,
Które - bywało - modrą głębią nęcą
I którem głaskał niby pierś dziewczęcą
Rozfalowaną w kołysy czarowne,
Drzemią dziś senne, nieme, nienamowne,
A nieb obłoki, odbite u spodu,
Zdają się twarde, zimne jak kry lodu.

Góry, co, ciemnym swym siniejąc grzbietem,
Dal zamykacie tym samym fioletem,
Którym fijolki, w dobie dni radosnej,
Królestwo młodej otwierały wiosny:
Ku wam ja lecę i wśród was zaginę,
Jak w zapomnieniu chłodnym. Jutro minę,
Wygnaniec pory pieszczot i rozkoszy,
Którą dłoń śmierci niszczy i pustoszy.
I nie zostawią mi nic jej zawiście:
Bo próżno uschłe brzóz porywam liście,
Które na ziemię lecą wśród milczenia
I opuszczają mnie, moje wspomnienia.



Czytany: 1388 razy

R E K L A M A

=>