Kościółek wiejski
KOŚCIÓŁEK WIEJSKI
Jasne, najmłodsze dziecię tygodnia, niedziela -
Której rodzeństwo
Do pracy jeno gnało i płodnego trudu -
Wiedzie serca na święto zbożnego wesela,
Na nabożeństwo,
Gdzie padół bliższy Boga, a codzienność - cudu.

Z bierzm i tarcic modrzewia zbudowany cały,
Stary kościółek,
Któremu ozielpinia mech dach i przyciesie.
Tęsknotom, co w tygodrriu śnić czasui nie miały
Daje przytułek
W wnętrzu swym, gdzie jest cicho i chłodno jak w lesie

Choć las jest uroczystą, podniosła świątynią,
Co w swej uroczy
Wszystkie błagania, prośby i westchnienia umieści,
Zbhyt głęboki jest, gdy się w nim cisze uczyni1 -
Groźnie proroczy,
Gdy w kapłańskim pokłonie drzew tajnią szeleści

A zbyt skromna, pokorna, zbyt szczera i trwożna
Jest dusza rolna,
By wzlotnych wichrem szumów nadążyć natchnieniu;
Zbyt schylona, zwichnięta - ho grzeszna i zdrożna -
By była zdolna
Prosta drzew strzelistością modlić się w milczeniu

Zaś duch lasu wozak mieszka i w wnętrzu kościółka.
Co dyszy borem:
Snem o lesie dumają belki i tarcice;
Tak w cień szpilkowych chłodów wlata tu jaskółka
Sklepień wyziorem,
Czując pachnącą cierpkich modrzewi żywicę.

Zamknij powieki, słuchaj!... Czy to gwar polany
Złoto-zielonej?
Czy me buków i sosen powietrzne klawisze
Depce wiatr, kiedy głucho wzdychają organy?
Czy to nie tony,
Których uczyły duszę kniej szumy i cisze?

Widzisz? W kościółek senny. pomroczny i pusty,
Przed ołtarz święty,
Przyszły pobożnym, tłumnie skupionym pochodem
Różnobarwne kaftany, zapaski i chusty
I wonią mięty
Biją z wstąg i z warkoczy nad dziew czołem młodem.

Tęczowym po świątyni tłum zaległ orszakiem
W blasku promieni,
Co pasmami wnikają poprzez pstre witraże.
Istnym jaskrem, bławatem, kąkolem i makiem
Kościół się mieni
W modrej mgle, którą dyszą złote trybularze.

Zda się, że do kościoła wbiegła cała łąka:
Z wszystkimi kwiaty,
Z wonią ziół z podniebnego ruszyła rozłogu,
Aby za łaskę rosy, za wiatr, za skowronku,
Za cudze szaty
Klęknąwszy przed ołtarzem podziękować Bogu

Wtem, jaktoy przeszła dreszczu niewidzialna siła,
Jakby powiało
Z nieznanej dali tchnieniem wiatru tajemniczem.
Cała łąka się nagle w pas nisko skłoniła
Przed hostią białą,
Niby przed wschodzącego z mgieł słońca obliczem.

Aż znów ożyła ciżba, z progów się wymiotła
Procesji wstęgą
I naokół świątyni pasem się wydłuża
Rzekłbyś, że łąka sama wieniec z siebie splotła
Chustę z siermięgą,
Aby nim bożej chaty ustroić podnóża.



Czytany: 1413 razy


=>

Najnowsze















Top czytanych


























Top Autorzy


























Top Użytkownicy


























Używamy plików cookies, aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. co to są pliki cookie? . WIEM, ZAMKNIJ