Jesień pamiętna

O, ty niezapomniana aż do życia końca,
Pierwsza jesieni wojny! Pięknaś zawsze
Krasą uroków tysiąca -
Lecz w te złowieszcze
Czasy, w te najkrwawsze,
Objawiłaś się cudna, jako nigdy jeszcze!

Ty druga wiosno nasza, polskiej ziemi chwało!
Jak baśń stubarwna, zachwytem zaklęta,
Błysłaś świetnością wspaniałą
Na jasnym niebie,
Jak nikt nie pamięta,
Prześcignęłaś pięknością swoją samą siebie!

Wysiliłaś się, zda się, na wszech czarów przepych,
Dobyłaś z łona wszystkich skarbów kroci,
Jakby chcąc ludzi złem iślepych,
Oślepić łaską
Swej boskiej dobroci,
Niesłychanej urody swej rajską przepaską.

Szły pułki całe, niby ruchome zagony,
Zjeżone ostro kłosami bagnetów,
Wzdłuż dróg ciągnęły furgony,
Wśród pól obozy,
Jako wzgórki kretów,
Namiotami mrowiły się w przeczuciu grozy.

Jak głuchy grzmot podziemny huczały gdzie działa
Głosem ponurej okrucieństw przygrywki,
Już w dali krew się gdzieś lala.
Zza widnokręgu
Gniadosze i siwki,
Wietrząc dym, niespokojnie parskały w popręgu.

.Jakbyś świat wstrzymać chciała w zbrodniczym zapędzie,
Ponęt przeszczodre otwarłaś sezamy
Jak w błogiej szczęścia legendzie,
Liść mieniąc w kruszce,
Mgły w wonne balsamy,
Podobna czarodziejskiej, dobroczynnej wróżce,

Zdałaś się mówić: "e;Wszystko dałam wam w nadmiarze,
Czego chce serce i dusza zapragnie,
W hojnym sypnęłam wam darze
Zbóż plony żniwne,
A kto gałąź nagnie,
Zerwie w sadach mych płody soczyste, pożywne.

Niby długiego roku owocna niedziela,
Po znoju orki, siejby i dożynek,
Przyszłam, ta, która obdziela
Błogosławieństwem
I niesie spoczynek
Tchnący czystym sumieniem i snu bezpieczeństwem.

W głębokie spichrze dałam wam ziarna obficie.
W bróg - siana, aby mlekiem ciekły krowy,
Słomę na strzechy poszycie
I na spokojny
Sen, dla wsparcia głowy,
Snopek... A wy idziecie na straszną rzeź wojny!"e;

Jakbyś chciała ich odwieść i przykuć ich kroki,
Rozwiłaś pokus rozkoszne ponęty,
Wszystkich swych wdzięków uroki,
Aby ich spętać
Najsłodszymi pety,
Dać im do wyczerpania tchu się zapamiętać!

Pod niebiosa, zawrotnym marzeniem obłędne,
Nieme natchnieniem błękitnej ekstazy,
Dźwignąłaś lasy żołędne,
Bukowe bory,
W bursztyn i topazy
Zmienione, gorącymi grające kolory.

Kępy sosen i świerków, o szmaragdu śniedzi,
Przeplotłaś jaskrą palety szalonej:
Złota i brązu, i miedzi -
Brzozy, topole,
Jawory i klony
Przetapiając w rumieńce, w łuny, w aureole.

Ponad nimi, jak namiot przychylnej opieki,
Błękit rozpięłaś zadumany w górze,
Niebiosa stare jak wieki,
W skłonów turkusie,
W zenitu lazurze
Ciche, łagodne, słodkie jak sen o Chrystusie.

Rozpostarłaś obłoki o jaśminu bieli,
Śnieżnym łabędzi stadem przez bezdenie
Po nieb płynące topieli
Gdzieś w światy inne:
Ludziom przypomnienie,
Ze są rzeczy wysokie, czyste i niewinne.

Stawów woda błękitna zwierciadeł powloką
Strop przyjmowała w objęcia swych brzegów,
Przejrzysta do dna głęboko.
Niby zachęta,
Że - siostrzyca śniegów -
Złe myśli zmyje z duszy, bo czysta i święta.

Nigdy nie byłaś bardziej słodka i łagodna
Milczeniem wzgórzy i pól zadumaniem,
Spokojna, złota, pogodna:
Jako w mgieł miękkiej
Przesłonie, zaraniem,
Kiedy świat różowiły uśmiechy jutrzenki.

Nigdy nie ihyłaś bardziej - w swej przędzy jedwabnej -
Kusząca tchnieniem pieszczoty niewieściej,
Namownej, ciepłej, powabnej:
Jako w południe,
Ody przymilnie pieści
Słońca całunek lico, co pod wiewem chłodnie,

Nigdy nie byłaś bardziej roztęskniona, senna,
Lubą bezsiłą lenistwa omdlała,
Bandzie j tajemna, bezdenna:
Jak o wieczorze,
Kiedyś zapraszała
Myśl w kołysankę modrych oparów jak w łoże.

A jednak zbytkiem wszystkich swych czarów rozrzutna,
W pogodzie swojej kryłaś otchłań żalu
I byłaś smutna, tak smutna,
Że nieb bezedno
Z perły i opalu
Zdawało się ogromną, wezbraną łzą jedną!

Całym bogactwem swego przepychu przelewna,
Pod zamyślonym, matowym szafirem,
Byłaś tak rzewna, tak rzewna,
Jakbyś okryta
Lekkim była kirem,
Zza którego bolesny półuśmiech wykwita.

Pogoda twoja zdała się dziwnie mogilna,
Spokój - cmentarny, cisza - jak na grobie,
Piękność twa - strasznie bezsilna,
Złoto - zatrułem,
Dal - jakby w żałobie,
Niebo - litością łzawą, a słońce - wyrzutem!

Bo niebo takie czyste - a człek krwią się plami,
Obłok niewinny - tam pożar, rzeź, zbrodnie,
Toń cicha - dal 'grzmi działami,
Wiatr siew rozplenia,
Lśni słońce zapłodnię,
A jeno człowiek, człowiek jest hańbą stworzenia!

Pogodna, długa, smutna, do zgonu pamiętna,
Jesieni tysiąc dziewięćset czternasta!
Poznałaś serc naszych tętna
I drogowskazy,
Z których wolność wzrasta:
Trupy, zgliszcza... I patrząc konałaś dwa razy!

Żołnierze w pułkach, niby ruchome zagony,
Szli w dal kłosami bagnetów zjeżeni,
Po ziemi depcąc rodzonej,
W swych braci łonie
Szukać przymuszeni
Wolności swej ojczyzny, obce niosąc bronie!

Twardzi, niemi, szli wymóc! Poszli - i wymogą!
Po własnym ciele kroczą krocząc glebą!
A nad ofiarną ich drogą
Lśni nadwiślańskie,
Nieszczęśliwe niebo,
Błękitne i marzące jak oczy słowiańskie...



Czytany: 1646 razy

R E K L A M A

=>