Dyskobol ziemi
W ślepej ćmie stającego się głucho chaosu,
Przed narodzeniem godzin, n?, praczasów brzegu,
Duch nowy, przed obliczem zakrytego losu

Stałem. - Pomrocz poryta od błyskawic ściegu,
Co zeszywały przestrzeń we mgłach rozpierzchniętą,
Wyłaniała gwiazd świty z nieistnień noclegu.

I zrywając martwoty przedbytowe pęto,
Potwornym hukiem grzmiało czeluści bezedno,
Wieszcząc nieskończonego życia wieczne święto.

A ja, duch niewcielony, w mrokach, które rzedną,
Stojąc przed taicłelem, patrzyłem w bezbrzeźc
Złotych światów. I rzekł mi: ŤZ tych gwiazd wybierz jedną.

Pomiędzy nią i tobą uczynię przymierze
Miłości i wesela. Z niej tobie dam ciało,
A ją w żywo, roślinne przyodzieję pierze.

Między zmysłami twymi a jej krasą całą
Nieomylnie zważoną ustanowię zgodę.ť
ŤDaj mi Ziemię!" - odrzekłem mu. I tak się stało.

Między gwiazdy po gwiazdę, jako po jagodę
Ku drzewu nieb, sięgnąwszy Pań mój tajemniczy

I pochwyciłem w uścisk skarb Ziemi dziewiczy,
I, duch-olbrzym, w miłosnej ważyłem go dłoni,
Pieszcząc ten owoc pełen żywota słodyczy...

Wtem nagle zmierzchłem cały, runąłem i w toni
Stawania się bezwiedną zanurzony treścią,
Zwarłem się w sobie jako pięść, co łupu broni.

Dreszcz zapłodnień rozkoszną przebiegł mnie boleścią
I ku światłu targnęło mną z mroku szarpnięcie,
Jak wojownik wyrwaną z pochwy rękojeścią.

I ze snu się zbudziłem na jutrzni zaklęcie
W drobnym, człowieczym ciele, w nagości pod drzewem,
Co przez liść siało na mnie złociste pieczęcie.

Podparłszy złotowłosą skroń ramieniem lewem,
A prawe na wysmukłe swe złożywszy udo,
Mrużyłem wzrok oślepion rozkoszy zalewem.

Wszystko w krąg było jako złoto-modre cudo,
Kipiące rozrzutnością szczęśliwej zieleni...
Wszystkie wonie wciągnąłem w swą pierś mtodoludą...

I zerwałem się z usty pełnymi płomieni
Wielkiego upojenia i uwielbień szału,
Który się jako wino w czarze serca pieni.

Błogosławiłem śpiewem duszy memu ciału:
ŤPochwalone mi bądźcie, pięciorakie zmysły,
Odbijające świat w swych zwierciadłach z kryształu!

Błogosławione moje oczy, co rozprysły
Po całej ziemi podziw zbieracie w naczynie
Źrenic, aby wdzięczności bujnymi łzy trysły!

Błogosławione bądźcie, uszy me, w godzinie
Porannej i wieczornej, w ciszy i w szeleście
Wśnione w gędźbę o życia wieczystej nowinie!

Błogosławione nozdrza ssące wonne treście,
Dusze rzeczy bezdusznych, sycącym oddechem,
Jak niemych serc szeptane tajnie opowieście!

Błogosławione usta moje, co uśmiechem
Pozdrawiacie przynętę głodu i pragnienia,
Owoc, za sok krążący w krwi słodyczy echem!

Błogosławione ręce, ślepe, bez spojrzenia,
A jasnowidcze ramion sięgające twarze,
Święte, bo przyciskacie do serca stworzenia!

Błogosławione pola żrejące na skwarze,
Kwieciste łąki, lasy cieniste i chłodne,
Jeziora na równinach i potoki w jarze!

Błogosławione góry i doliny płodne,
Słońce, drzewa, owoce i trawy, i zioła,
Obłoki i zwierzęta dzikie, a łagodne!ť -

...Lew spał w rogatym cieniu żującego woła,
Sęp drzemał na śpiącego jelenia rososze,
Zając tulił się w cieniu pod skrzydłem sokola.

U stóp moich pantera i płochliwe łoszę
Czekały pieszczotliwej łaski z ręki pana,
A ptaki, w drzewach, ziemi śpiewały rozkosze.

Ze skłonem .słońca skroń ma, miękko całowana
Pochlebczym mchem, w przymilnej zasypiała ciszy,
By otworzyć znów oczy pod ustami rana...

Aż powiew, który w liści kołysance dyszy,
Zbudził mnie raz przed świtem, nim brzask zamajaczy...
Noc była - i duch jakby jakieś echo słyszy -

Mrok, ciemność... I nie wiedząc sam, co myśl ta znaczy,
I nie mogąc jej chwycić za niewidne skrzydła
Pomyślałem pamięcią nieznaną: ŤInaczej...ť

Inaczej? Co? Gdzie? Kiedy? Jak tajemne sidła
Pochwyciła mnie myśl ta w zdradzieckie powrósła -
A gdym rano się zbudził, ziemia mi obrzydła!

Jakby ją noc powiewem trującym omusła,
Wszystko zbladło, przywiędło, codzienne i stare...
I radość mą zwarzyły czarne smutku gusła.

Nie poznawałem zwierząt i one niewiarę
Poczuły do mnie trwożną i uciekły w lasy
I kwiaty się stuliły, jakby czując marę.

A ja siedząc nad wodą, nie bacząc dnia krasy,
Płakałem. I bezbrzeże jakieś mi się śniło,
Huk gromów, błyskawice i mgławic zapasy.

Chodziłem niby błędny. Każdą moją żyłą
Targało jakieś tajne wspomnienie odwieczne,
Tęsknota k'temu, kiedy mnie I nic nie było.

I, wzniósłszy rękę, światło przekląłem słoneczne,
Nazwałem złudą ziemię i morze, i życie,
Kopnąwszy je jak próchno już bezużyteczne.

Czarny pług gniewu orał serce moje skrycie,
Ziemia była mym oczom nikczemna i mała
I widziałem już jeno w niej popiół i gnicie.

I buntem wyskoczyłem z człowieczego ciała,
Wściekły, żem z Ziemią wiecznym przymierzem jest skuty
I że mi się wyborem na zawsze dostała.

I, znów duch, w grozie mocy straszliwej i buty,
Olbrzym, zaparłem stopy swe o gwiazd ściernisko,
Co bolesnymi drżało pode mną podrzuty.

I potworną postacią schyliwszy się nisko,
Strzępiąc rozwianym włosem chmur lecących płaszcze,
W garść pochwyciłem Ziemię: ŤHej, pójdź mi w igrzysko!

Silny jestem i dumny i nie zaprzepaszczę
Dumy swojej! Leć w drogę, co w bezbrzeż zastygła,
Albo cię stopą twardą jak płaza rozpłaszczę!

Bądź nad innymi gwiazdy daleka i śmigła,
Wola ma ukochała niewidne zaświaty,
W zaświatach żyj jak chłodna ma myśl niedościgła!ť

I jakąś straszną siłą nadmiaru bogaty,
Skurczonego w stłok ścięgien ramienia rozmachem
Cisnąłem ją jak kulę w bezmiar lodowaty.

Potoczyła się między gwiazd złocistym piachem,
Z świstem siejąc iskrzyce prującym mrok łonem,
Aż przestwory pobladły srebrno-sinym strachem.

I w pęd pognałem za nią z weselem szalonem,
Czepiwszy się jej wichru jak rumaka grzywy,
I w nieskończoność ścigam ją niebios zagonem.

A ona, jakby zaświat porwał ją w swe wpływy,
Toczy się, jakom pragnął, w loty coraz prędsze...
Wieki już gnam... Lecz czuję, żem nie jest szczęśliwy.

W krąg samotnie i ciemno, i chłodno, choć piętrzę
Przestrzenie na przestrzenie dziką skrzydeł pracą.
Zimno i mróz w bezbrzeżu i krzepnie me wnętrze.

A gwiazda ma wciąż pędzi płomienistą racą,
Ucieka, aż lęk chwyta mnie, że mnie się wyprze
W tej próżni, bo już skry jej z oczu mi się tracą.

Sypże mi, Ziemio, iskry śladem swoim, sypże!
Bo czuję się sierocy i w strasznej obczyźnie...
Rzut mój był potężniejszy niż ścigi najszybsze.

Własnym ja cię ramieniem, maczanym w truciźnie
Szału, tak precz rzuciłem od mojego serca,
Ty, serce mego ducha, memu ciału bliźnie.

Wiarołomca niegodny, niewdzięczny bluźnierca,
Zapomniałem, że twoją to krwią i twym sokiem
Spotężniało me ramię, co nasz ślub uśmierca.

Czym nie z twej piersi wyssał moc, żem poznał okiem
Cuda słońca, księżyca i gwiazd srebrnych morza,
By dziękczynić ci każdym oddechem i krokiem?

Tyś to mnie uczyniła lutnią, że przestworza
Wzruszały moje struny szumem gwiazd, tych liści
Z nieb drzewa, a milczeniem wielka cisza boża.

Czyż ręce, które święty ogień żądzy czyści,
Nie były szczęsne ważąc twoje łaski w dłoni,
Ze śnią, nad sięg wdzięczności, niedosięg zawiści?

Chciałżem hodować rozkwit, co w zanik się kłoni,
Szczepiąc złoty winograd na surowej sośnie,
Każąc na fali słonych mórz kwitnąć jabłoni?

Otom dziś wywołaniec, wyklęty żałośnie
Własnym wyrokiem swoim z ojczystego domu,
Co z ogrodem swym zdany jest wieczystej wiośnie.

Pośród obojętnego zbłąkany ogromu,
W pustynie nieprzytulne, bezserdeczne, cudze,
Przed własnym przerażeniem pierzcham po kryjomu.

Ale ku tobie, Ziemio! I tęsknotę budzę:
Przypnij do barków tego, co jest dziś tułaczem,
Drugie miłości skrzydła ku ciężkiej żegludze.

Na nich puszczo się w bezbrzeż z swem sercem żebraczem,
A kiedy cię doścignę. Ziemio porzucona,
Na czarną skibę rzucę się z serdecznym płaczem,

I jednym wielkim tętnem bić będą dwa łona.



Czytany: 974 razy


=>

Najnowsze



















Top czytanych


























Top Autorzy


























Top Użytkownicy


























Używamy plików cookies, aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. co to są pliki cookie? . WIEM, ZAMKNIJ