Jency Michała Anioła
Grota w Giardino Boboli we Florencji

Kamienie cierpią... W obcej ich tragicznej doli,
W niegodnej, by cierpienia cud mieścić wyniosły,
W stalaktytowej grocie ogrodu Boboli:

Cztery widma kamienne w cztery kąty wrosły,
Jak oskarżenia słane w cztery świata strony,
Jakiejś okropnej tajni i zagadki posły.

Ciosane z gruba w głazie, jak sen niedośniony,
Poniechane snadź w chwili gniewu czy zawodu
Przez mistrza, co z nich nie zdjął ostatniej obsłony,

Skazawszy je na niebyt na progu porodu -
Patrzą jak w grób wkopane żywcem potępieńce,
Jakby dyszące jeszcze topielce spod lodu.

Ciała napięte w strasznej wysilenia męce,
W rozpacznym buncie dzikiej, ciemięskiej bezsiły,
Kipią wezbraniem mięśni w nadludzkiej udręce.

Ścięgna, które się w grudy twardych guzów zbiły,
Daremnie usiłują przerżnąć się przez szyby
Nieprzenikliwe głazu, co im wrasta w żyły.

Kształt bioder, łon i piersi, potężny jak gdyby
Ciało zwycięstwa, w podłej niewoli się wije
Nóg, rąk i głowy, które głaz ściska jak dyby.

Jeńcy-ż to? Czyje moce narzuciły, czyje,
Białemu marmurowi rzemiosło czerwone
Kata, które czyniły Laokona żmije?

Jeńcy-ż to? Jakie bogi dzikie i szalone
Kazały pięknu nędzą być, sile rozpaczą,
Że marmury się zdają jak sól od łez słone?

Kto uczynił, że głazy cierpią, a nie płaczą
Szmerną, źródlaną ulgą skamieniałej Nioby,
Której sny w zapomnieniu żadne nie majaczą?

Lub są-ż to zmarłych bogów olimpijskich groby,
Zwłoki niebian spowite w śmierci prześcieradła,
Którym Mojra odmawia cyprysów żałoby?

O, żadna jeszcze męka nigdy nie pobladła
Tak bolejącą bielą, jak te ciała z głazu,
Na które niezbłagana, tajna klątwa padła.

Straszny bój musiał toczyć się tutaj z nakazu
Dzikich sił, straszna klęska i pogrom w niemocy!
Nawet słońce nie wgląda tu blaskiem topazu...

Nigdy białość nie kryła w sobie tyle mocy!
Nigdy marmur tak nie był stalą i kajdanem,
Kamień tak bardzo sercem i taki sierocy!

O, duszo moja, uniż się kornym kolanem...
Kamienie mówią męki bolesnym wyrzutem
Do tego, co obecny tutaj, jest ich panem

I co serce swe krwawił i zabił swym dłutem.

Kamienie mówią:
Jakaż zemsta okrutna, za co pełna żółci
Zielonej złość nas męczy w gniewu wściekłym szale!
O, ramię me potężne, kto przeguby skuł ci?

Oczy, kto rzucił na was ślepoty blachmale,
Wszczepiwszy wam wpierw złote przeczucie światłości,
Tchnąwszy w was wiedzę, że są lazury i dale?

Biada nam, biada! Kształt jest początkiem wolności!
Przeklęty, który białe zapłodniwszy łono
Zabił je, ostawiwszy w mogile wnętrzności

Żyjący płód! Przeklędy, kto ręką szaloną
Napisał słowo: Wolność! na więziennym murze,
Każąc nam być źrenicą i własną zasłoną!

Przeklęty, który przypiął skrzydła jak dwie burze
Do jarzma okutego otroka i czoło
Cierniom wieńca mu kazał zdobić w krwawe róże!

Nie było nas i dla nas nie było nic wkoło.
Był sen bez snu i martwy niebyt, co jest niczem.
Nie śniły o nas Parki nad życia kądziołą.

Tyś stawił bolesną nicość przed obliczem
Żywota i tęsknoty w okrucieństw rozpuście.
Tyś wcielił nas zaklęciem woli tajemniczem.

Wulkanie, coś wyrzucił nas, bryły! Oszuście,
Coś nam dał przeczuć piękna kształt nieskazitelny,
By nas w niedoskonałe pogrążyć czeluście!

Kto nie jest, jest jak szczęśnik w żywot nieśmiertelny
Wierzący, co nie będzie oszukany złudą,
Mrąc nierozczarowany, choć jest pył popielny.

Lecz tyś nas wywiódł z śmierci w wolne życia cudo,
A spętałeś nas wiecznym wolności zakazem
I dałeś pierś, by bardziej cierpieć, wielkoludą.

Czemuś nas wyśnił w głębiach snu, co gadał głazem
I krzyczał ku bezdeni nieb młota językiem,
W rytm serca twego w marmur bijąc ciosu razem?

Kto-ć kazał nas z kamienia dobyć niewolnikiem,
A nie cielesną pieśnią w boskiej Niki szacie,
Która w przelocie sandał opina rzemykiem?

Czmuś nie efebiczną hermą, srogi kacie,
Wywołał nas z martwoty, choć dziewiczy kamień
Ukrywa w sobie wszystkie kształty i postacie?

Raczej nas młotem swoim na biały proch zamień,
Jak śmierć ciało na popiół rozkłada na nowo!
Wyrwij nas z niedościgu żądz i snów omamień!

Milczysz, szatański Boże, marmurów Jehowo,
Piorunów śpiących w młocie straszny Adonaju,
Krzywdzicielu szyderczy z źrenicą surową!

Na martwoty i życia każesz nam rozstaju
Stać wiecznie w ruchu, co się z kamienia wydziera,
By nigdy się nie wydrzeć do światłości raju!

Przeklęty bądź, że gwiazda piękna złotoszczera
$wieciła ci, lecz myśl twa, co zgodę zakłóca,
Uczyniła cię chmurą, co światło odbiera

Od słońca, a na ziemię ponury cień rzuca!

Głos ducha:
Tytanicznie cierpiący, żyję w was, jak wprzódy
Żyłem w swym własnym ciele o, moje kamienie,
Ja, twórca wasz, com stworzył z głazu całe ludy.

I dwa nieba stworzyłem, co w swoje sklepienie
Zbierają modlitewnych próśb kościelne śpiewy,
I własne niebo twórcze stworzyłem: cierpienie.

O, niebo me piekielne! Snów najbielsze mewy,
Wzbiwszy się pod zuchwałe twoich sklepień łuki,
Rzucają czarne plamy, jak rozpaczy siewy.

Białych gołębic cienie są czarne jak kruki,
Cóż dopiero me myśli, jak orły-krwiożerce
Wpite dziobem w me serce, jak w kark wilczej suki.

Cierpię w was! W każdym głazie cierpi moje serce.
Tyle serc miałem, ile jest głazów na świecie,
A każde świat mieściło w swej krwawej rozterce.

Najkrwawszy ból, w objawień natchniony podniecie,
Nierozdzielnym się mego życia stał udziałem,
Który na skroń wybrańców wieniec z cierni plecie.

Najwyższą doskonałość w zachwycie widziałem!
Dany mi był sen Boga, a siły człowieka...
Nikt tak nie kochał ciała i nie gardził ciałem!

Mówcie wy, których skarga na mój gniew narzeka,
Kto mnie wyśnił i wydał z łona tajemnicy,
Z nicości, co mnie kryła jak oko powieka?

Mówcie kto zdjął przepaskę z mej ślepej źrenicy
By na chwilę ukazać jej przeboskie piękno
I kazać śnić je potem ślepotą w piwnicy?

Gdzie kat? Dzikie ramiona me się nie ulękną
Wznieść młota, godząc w jego piersi jak w kowadło,
Aż mi wykutym słowem zaklęcia odjękną!

Młot mój był wiecznym buntem, który w nieodgadłą
Bramę zagadki bije, lecz dzikimi ciosy
- Widziałem - żem tłukł jeno złud ziemskich zwierciadło.

Brat cyklopów, wyzwałem niewzruszone losy,
Piętrząc stropy obłoczne na zuchwałym tumie,
Zaludniając nowymi bogami niebiosy.

Jakże gardziłem ziemią, zdany górnej dumie,
Palowi, ach! na który człowiek sam się wbija
Wnętrznościami, by konać wysoko, nie w tłumie!

Całe życie konałem tak i nie przemija
Konanie me: w was będę konać wiekuiście
Na swych snu gruzach, w których mąk lęgnie się żmija.

Na gruzach snów i dzieła, które los jak liście
Rozmiótł, na gruzach duszy... Kto zmiażdżył mnie w duszy?
Kto podeptał ją? Czyje gniewy i zawiście?!

Jam jeńcem w was. Przez odruzg, co się z głazu kruszy,
Przedzierając się młotem do piękności Boga,
Dobywałem człowieczą niemoc z głazu głuszy.

Rzuciłem was w kamiennych okowach u proga
Kształtu! Bom chciał w was spętać swoje sny bezsenne,
By w więzach legła z wami ma tęsknica sroga!

Serca i snu nie mogłem wcielić w nieodmienne
Kształty wydarte bieli czystego kamienia:
Bo niezgłębione serce me jest i bezdenne.

A obłok nigdy swego nie dogoni cienia.

Czytany: 4666 razy

R E K L A M A

=>