List z Zakopanego
Moi kochani, piszę ten list do was zdala,
tu, gdzie taka jest teraz cisza i martwota,
że zda się słychać, jak się przez góry przewala
wal mgły - i dźwięk na lodach słonecznego złota.
Uciekłem tu od głupstwa ludzkiego i wrzawy
i od smutku tak smutnej dziś waszej Warszawy,
lecz myśl o niej pobiegła za mną, i gdy Ave
bije tu dzwon kościelny, zda mi się, że krwawe
krople za każdym dźwiękiem spadają na śniegi,
bo w każdym dzisiaj dzwonie biją ludzkie serca...
To dziwna, wiecie: życie religję uśmierca
i Bóg dziecięcy schodzi za myśli szeregi,
jak miesiąc za szeregi skał, z za których długo
błyszczy bladego światła rozpostartą smugą,
lecz coś zostaje w duszy, właśnie tak, jak owe
blade światło - i w niebo kiedy wzniesiesz głowę,
jednak, czy słońce plonie, czy się mleczna droga
wśród tysięcy gwiazd srebrzy: nad gwiazdą i słońcem
jednak szukasz tam duszy źrenicami Boga
i pragniesz, aby Bóg był jednak rzeczy końcem.
Bo skończoność i jakieś zamknięcie wszechrzeczy
jest wrodzone i lęka się umysł człowieczy
nieogarniętej pustki. Jak wy pojmujecie
Boga - nie wiem; dla mnie to jakiś duch ogromny,
niewidny, a widomie rozesłan po świecie,
nic nie dotykający, a wszystkiego pomny.
Nie wiem - azali włada; wiem, że władać może
jak słońce, które z gruntu wydobywa zboże,
nic dlatego płonące, nie dlatego z ognia.
Tu cicho - tylko niebo, kiedy się zaognia
o zachodu godzinie, to się czasem zdaje,
że olbrzymia kometa wśród pożarów wstaje
i leci, tam na północ obracając głowę,
a z warg ogniem buchają jej Baltazarowe
Mane, Tekcl, Upharsin... Późna jest godzina - -
nie wiem, skąd mi się teraz morze przypomina,
morze promicnistcmi bryzgające piany,
i wiersz o "e;Albatrosie"e;, tak dawno pisany.
Dumny, potężny ptaku! Ty, coś mi młodemu
zjawił się piorunowi podobny śmigłemu,
co przebija chmur ciemnię, wiatr głową roztrąca
i leci w bezmiar świata, gdy burza goniąca
ledwie mu otrze skrzydła z farby ognia złotej:
znów mi się jawisz - - poco? Gdzież my zalecieli?
Twa pierś zawsze nad wody bezbrzeżą się bieli,
moja myśl zawsze wisi nad bczdnią martwoty...
Jednak mnie coś do ciebie rwie, o wichrolotny!
Widzę tę wyspę kędyś od wszechziem odbitą,
kędy ty suszyć pióra usiadasz samotny,
gdzie pierś twa tylko oczom Boga jest odkrytą.
Gdybyś ty moje oczy choć na jedną chwilę
odniósł gdzieś o mil tyle i o godzin tyle
od ziemi... Oczy moje, bo dusza człowieka
każda ma własną wyspę swą Świętej Heleny,
skąd patrzy w przeszłość swoją, a dnia jutra czeka
myśląc, że jutro głosem zaśpiewa Syreny,
a to jutro, jak wczoraj, tak jak pies zaszczeka...
Lecz dosyć! Wszystko w duszach jest smutkiem przeżarte
a ze smutku nie kowa się młota, ni spisy -
nieszczęsny, kto odwraca wstecz po karcie kartę
życia i nic nie znajdzie w nich tylko napisy:
"e;Marność nad marnościami i wszystko jest marność!"e;
Wszystko - tylko nie ducha i nie krwi ofiarność!
I dumna wzgarda ludzkich spraw temu do rdzenia
nie wsiąkła, który chowa cześć dla poświęcenia.
Czyn osobisty czczy jest i za Styksu fale
Achilles zszedł w błyszczące], Hektor w świętej chwale.
Gdy się samotnie siedzi, jak klucze żórawi
lecą myśli - klucz jeden po drugim się jawi,
lecą i w niepamięci nurza się bezedna,
a czasem, jak zmęczony ptak od swego stada,
oderwie się myśl która i na duszę spada -
i krótka mi została taka powieść jedna:
Protej rzeźbiarz wyrzeźbii Wenerę o złotem
spojrzeniu - pomalował i zdruzgotał młotem;
spytan, czemu wręcz żywe arcydzieło kruszy.
"e;Właśnie - rzekł - niech nie łudzi pozorami duszy..."e;



Czytany: 2351 razy

R E K L A M A

=>