Alpejska palma
Alpejska palma"Wiersz ten, zacząwszy od tytułu, jest wiernem spisaniem snu"



Cudowny Alp wysokich świat!
Cudowna, dzika okolica!
Na lody blask czerwony padł
i z wierchów białych się wyświeca,
co, jakby złotą krasne rdzą,
w przejrzystem, modrem niebie lśnią,
a kędyś wdole lodozwały
zbłysłą zielenią odegrały.

Pusto - ni orzeł w nieba tle
nie zakołysa się w okręgu;
żarami tylko niebo wre
na niezmierzonym widnokręgu,
i nic nie widać, oprócz skał,
pasmo za pasmem, z wału wał
śniegowych kopie w bezmiar płynie,
jak kry spiętrzone w mórz głębinie.

Wcwnętrz, wśród szczytów, z których w strop
Matternhorn strzela: skrzą się lody,
z przełęczy, z urwisk, z dolin, z kop
przecudnej świeci blask pogody
i uroczej ciszy dzwon
napełnia przestrzeń górskich łon
i zda się płynie po uboczach
nad wierchy - w nieba brzmieć roztoczach...

Tam strzelec pnie się - - dziwny dziw!
gdy pod kozice się podkradał,
z lutego trudu ledwie żyw:
dziwny do niego glos zagada}, -
jakby dziwica, jakby szum
potoku - - stanął, stopą rum
kamieni strąci} - pierzchło stado,
on stal i słyszą! z twarzą bladą,

jak mu ów tajny mówił głos:
"Masz zerwać palmę Alp złocistą,
od tego twój zależy los..."
I w oczach błysło mu rzęsisto,
jak od świec setki - było to
w południe; zaraz strzelbę swą,
torbę i kij położył wbok
i jął się piąć pod góry stok.

A pnąc się myślał: "Jakom żyw
o palmie-m Alp nie słyszał wcale!
Co też to może być za dziw
i kędy rośnie? Albom w szale
i dałem djabłu gwizdnąć w słuch,
albo mię dobry zwodzi duch,
albo mi jakieś odkryć cuda...
Pnijmy się - może się i uda..."

Dlaczego piął się - nie wiem sam -
moc jakaś pcha go ponad siebie;
ze złamu dźwiga się na zlam,
lodem się wślizga, w śniegu grzebie -
i coraz wyżej, wyżej, wzwyż,
aż w wiecznych wstąpił okrąg cisz
i uznojoną wtopił głowę
w zachodu łuny purpurowe.

Tam nic wokoło nie miał już,
tylko na skale uczepiony,
jak ów pomurnik, ptaszę zórz,
wiecznie u szczytów: śnieg czerwony
i ponad głową lity lód,
skąd przeraźliwy wionął chłód,
i niebios kopuła bez końca,
przejrzysta, czysta, cicha, lśniąca...

"Alp palma - myślał - Bogu dzięk!
Pnę się już godzin ze sześcioro,
wdrapałem się, aż spojrzeć lęk,
a djabli mię z pragnienia biorą - -
kędyż u kata rosnąć ma
ta palma, co mię po nią gna
jakowcś licho, nic wiem poco?
Kędyź się jakie liście złocą?

Śnieg, lód i słońce skrzące tak,
że oczy, zda się, het wypraży,
pusto - tu nawet żaden ptak
wylecieć zdołu się nieważy -
i poco? wszak tu tylko śnieg...
Słuchajmy - - nie - nic... Czym się wściekł
wyspinać się tu? Jak się wrócę,
gdy słońce zginie w skalnej luce?..."

I dreszcz go przejął; z popod nóg
bezdenna przepaść wgórę ziała - -
póki szedł, nic miał czasu dróg
przezierać: moc jego jakaś pchała -
teraz go przeszył dziki lęk,
wbił buty w śniegu zwisły zmięk
i przywarł piersią do skał ściany,
śmiertelnym potem cały zlany.

"Zlecę!" - pomyślał... Już go dłoń
ujmuje górskiej Matki-eŚmicrci -
pociągnie - wstrząśnie - Boże chroń!...
Już mu się owad w serce wierci,
co niewidzialny czycha z nor,
gdy tylko strach oplącze gór
i na swych bladych skrzydłach goni
zabłąkanego w skalnej toni.

I już go skała od się prze -
dostaje tysiąc rąk okropnych -
odpycha - wdół się cała gnie,
podcina opad śniegów kopnych;
już w bezdni świeci jasny mrok,
szkliwem tumani błędny wzrok,
rozchwiewa góry, niebo schyla,
słońce zatacza - - jeszcze chwila...

"Jezus Maryja! Runę! Ach!" -
drży strzelec, wtem się głos odzywa:
"Kogo obejmie Niemoc, Strach,
alpejskiej palmy ten nie zrywa!
A czyś to baba!? Dalej wprzód!"
Strzelec ściął usta, zaparł but,
wbił palce w szpary wystające,
dźwignął się - głową błysł pod słońce!...

Tam, jak olbrzymi lśnił się głaz
szmaragdu: lodu zrąb pod szczytem,
a z jednej z jego rys i skaz
wyrosło z kwieciem złotolitem
ziele - łyskliwe, jak ze szkła,
i w lekkim wietrze gra i drga -
łodyżki lila, listki z błony,
jak ważki mają, uzłoconej.

Zaś kwiatki, jako złota śniedź,
guziczki złote ze złotemi
ząbkami wkoło... Okiem śledź:
nie znajdziesz takich w całej ziemi!
I tak to rosło wgórze tam,
mały kwiateczek złoty sam,
a wokrąg śniegi i pustynie,
w których wzrok, jak duch w śmierci, ginie...

Zdumiał się strzelec, a zaś ów
głos, co doń mówił na polanie,
ozwał się nad nim skądciś znów:
"Urwij kwiat jeden! Niech się stanie!
Na serce włóż i na dół schodź!"
Tak zrobił strzelec, poczem, choć
straszliwa przepaść patrzy w oczy,
skiełznąl i stanął na uboczy.

Teraz już wichrem jechał wdół
przez jakąś poniesiony siłę -
śnieg mu się kłębem z pod nóg suł,
przez ściany, jako ścios pochyłe
leciał - zatracił w głowie sens -
pył srebrny uwisł mu u rzęs,
nie widział wcale, kędy leci -
niosło go - dobrze - niech Bóg świeci!

Aż gdy się znowu znalazł, skąd
podkradał się pod kozic stado,
ostry ponad nim powiał prąd
i glos rzekł: "Śmiali szybko jadą!
A teraz, gdyś ów urwał kwiat,
idź, z czubem zanurz się we świat
i powiedz, czy cię co przestraszy
po tej wędrówce jeszcze naszej?

Raz w życiu winien każdy z was
alpejskiej palmy zdobyć kwiecie,
abyście potem jako głaz,
byli na wszelki trud na świecie!
Raz dokonany męstwa cud
w żelazny pierś zakuje lód,
i kto raz w życiu był ze stali,
do końca ten sic nic powali!

Więc, bohaterze, idź na świat!
Przestań polować skalne capy!
Tam ciebie czeka Trud, mój brat,
i siostra Troska chwyci w łapy!
Lecz ty, alpejskich zwiedzacz palm,
dziadom żałosny zostaw psalm,
a sam, jak rycerz z świętym chrzęstem,
trudom i troskom powiedz: jestem!..."



Czytany: 1454 razy


=>

Najnowsze


























Top czytanych


























Top Autorzy


























Top Użytkownicy


























Używamy plików cookies, aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. co to są pliki cookie? . WIEM, ZAMKNIJ