Żądło. Opowiadanie
Świtało

Po mglistej nocy przeciągnąłem się na łące w nieśmiałych promieniach słońca.
Tumany mgły zacierały krajobraz.
-Trzeba przyciąć-albo krzewy sekatorem -albo też pozgrabiać skoszone siano - pomyślałem.
Udałem się do szopy z narzędziami (oczywiście na bosaka).
A tam? Co zobaczyłem?

Olbrzymi kokon na belce. I mnóstwo padłych jadowitych owadów na podłodze.
Wziąłem but do ręki i podkradłem się z łopatką do kokonu.
Po chwili ubiłem olbrzyma.
Czułem, że zostałem użądlony w stopę.
Masz cholero - zawołałem - I w łeb go i w łeb...
Kulejąc udałem się do wiejskiego ośrodka zdrowia.
Było to niedaleko od działki.
Po drodze pomyślałem..
Aha...Znieczulenie musi być.
A więc - poszły cztery piwa na rozruch w zaroślach za sklepem .
I ćwiarteczka czystej na popitkę.

Wszedłem do ośrodka zdrowia z opuchniętą nogą.
I od razu wpadłem jak burza bez kolejki do pokoju zabiegowego.
Pielęgniarka była śliczna i miała smukłą figurę.
Powiedziałem do niej:
-Niech pani tnie , tam jest żądło. I wyciągnie pęsetą...
-Bez znieczulenia nie mogę. Trzeba zrobić próbę na wstrząs.- odpowiedziała.
Odrzekłem na to:
- Skarbie ja mam już nieczulenie. Rżnij.
-Na pana odpowiedzialność... Proszę tu podpisać.

Podpisałem

W chwili jak rżnęła czymś ostrym, to z rozmarzeniem wgapiałem się się w jej cudowne zgrabne nóżki.

-I co ? Bolało siostro?
-Pan to jest cholera...

Czytany: 90 razy

R E K L A M A

=>