bellissima
wyobrażcie sobie moi mili,

opodal gaiku leszczyn i klonów,
dworek nieduży, z obejściem, pobielany,
u zbiegu dwu strumieni,

naraz, gdy kur zapieje po raz piąty,
a zegar wybije drugi kwadrans do dziewiątej,
z ganku na schodki,
ze schodków między grządki,
bosą stopą wybiega panna,
bez toalety, dopiero co zbudzona,
z objęć Hypnosa oswobodzona,
w stroju jeszcze nocnym, koszuli samej,
białej, krochmalonej, kolana skrywającej,
biegnie jak szalona, ścieżką,
między rzędami rzepy i fasoli,
kury i kaczki podnoszą wielki krzyk,
gęś skrzydłami w kapuście bije,
i wężową szyję wypuszcza, by
skubnąć z sykiem białą łydkę,
jeszcze dwa, trzy susy,
i już piętami po kładce bije,
co spaja brzegi ospałego ruczaju,
teraz goni ścieżką na grzbiet pagórka,
to najwyższa w okolicy tej górka,
na jej czubie sadowi się,
wielka, wiekowa, rozłożysta lipa,
wokół łąki usiane letnim kwieciem,

dziewczę dobiega szczytu, łapie tchu,
w promieniach porannego blasku,
rozpościera ręce i wiruje,
słońce na jej loki srebrno złote,
kładzie palce swych promyków,
i sypią wokół iskry ogniste,
a gdy która skra padnie na kwiat,
to on wybucha jaskrawo,
kolor żywy dobywa z wnętrza,
wiruje łąka, wiruje panienka, wiruje lipa,
psotny Zefir dmucha zuchwale,
unosi koszulę dziewczęcia,
odsłania kolana, mlecznobiałe uda,
bezwstydnik, jeszcze trochę w górę,

i czar jakiś na faunę łąki pada,
zastygł, przekrzywił główkę i patrzy,
czyżyk, boży ptaszek,
co jeszcze chwilę temu,
na gałęzi lipy stroszył piórka,
skakał, krzątał się i trelił,
przysiadł, zamarł w bezruchu,
zając, co na miedzy postawił słuchy,
opodal na omszałym pniu,
jeż w kulkę zwinął się wstydliwie,
na kłosie dzikiego jęczmienia,
mysikrólik wybija bezwolnie,
takt zegarowego wahadła,
a wszystkie w pobliżu kwiaty maku,
nie mogąc odwrócić swych oczu,
purpurą wstydu płoną,
prosząc o wybaczenie za śmiałość

nieboga płoszy się, lico jej się płoni,
koszulkę na kolana ściąga, patrzy,
wokół się rozgląda i choć nie dostrzega
świadków owej sceny, pąs różany
twarz jej okrywa, cudnie zdobi,
dzieweczka w trawie się skrywa,
na dywanie koniczyny,
kładzie się zlękniona,
oddycha ciężko, pogonią zmęczona,
pot jej skórę rosi, na usta się prosi,
drży cała po takiej przygodzie,
rumieniec policzki krasi,
ranne, rześkie powietrze,
gęsią skórką na ciało jej wychodzi,
wargi różowe, w łuk wygięte,
rozchylone, chwytają łąki kwietną esencję,

słońce nań patrzy,
patrzy niebo i sokół znad chmury,
paź królowej na złotym puklu
przysiada, w diadem
na czole się układa,
niesforna biedronka na
piersi aksamitnej toczy kółka,
niczym majowa, wesoła jaskółka,
ważka tęczoskrzydła, na palcu stopy
przysiada, zrywa się, błyska diamentowo,
trzmiel przy koniczyny kwiecie,
krąży, basem brzęczy, upojony,
kwiaty główki swe chylą,
ku niewiasty ciału,
otulić, to mało, przytulić się, mało,
do snu ją kołyszą,

Czytany: 85 razy


=>

Najnowsze


























Top czytanych


























Top Autorzy


























Top Użytkownicy


























Używamy plików cookies, aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. co to są pliki cookie? . WIEM, ZAMKNIJ