Satyra na pijaka.


Wpierw rzuciła go żona,
a potem kochanka...
Pozostała szklanka.
Zwiedził wszystkie lombardy...
Był kacem przeżarty...
Sprzedał majątek za grosze...
O jedno piwo proszę!

Nikt go nie żałuje...
Wciąż niedopity się czuje...
Wyrzekł się własnych dzieci...
Czasem za rozbój posiedzi...
Twierdził, że jest wielkim zerem...
Świeciły się jego cztery litery...
Bo spodnie były podarte...
Zresztą niewiele warte.
Był zerem lecz z wielkim honorem.
Chodził z otwartym rozporem.
Po wódzie czuł się romantykiem.
A był idiotą pewnikiem!
Brzemię krzywd urojonych nabrzmiewało...
Dlatego promili było wciąż mało.
Awantur robił bez liku...
Bo w głowie miał fiku-miku.
Nadeszła wreszcie szczęśliwa godzina...
Zdechła zapita gadzina.
Na świecie nikt nie rozpaczał...
Bo obrzydliwie się staczał.
No może odrobinę... Skarb Państwa?
Bo miał profity z tego pijaństwa.


Oskar Wizard

Czytany: 48 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: