Świty i zachody




Nie ma co ukrywać, preferuję świty.
Za co? Tego nie wiem, może za nadzieję,
płynącą w nieznane barwną łodzią chwili,
nieskażoną jeszcze trudnością, pośpiechem.

Przez źrenice wpływa gra świateł cudowna,
delikatna w treści, jasna i przejrzysta.
Nawet, jeśli dotyk mgły zagubi kształty,
gdzieś, tam na dnie żarzy się przyjazna iskra.

A zachód, jak dla mnie, w zamyśleniach stoi,
przelicza, sumuje, przetwarza, co było.
Wśród szelestów modlitw wspina się pod niebo,
czas słońca przetapia z ufnością i siłą.

Kwitnie namiętnością, szafuje dotykiem,
autografy składa po stronie czułości.
Łyk szczęścia, apetyt na życie, tęsknoty
z biciem serca stara się zwyczajnie łączyć.

Niech każdy dzień służy Tobie już od świtu,
opiekuńczą dłonią prowadzi do zmierzchu,
opływa zielenią… przecież idzie wiosna.
Światło, ciepło, barwy nieustannie zjednuj.

Czytany: 123 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: