Klatwa


Malachitowa dal rozpina się arkadą nieba.
Superlatywy trwania kąsają wściekle niebyt.
Kwintesencję życia, ludzkie męczące potrzeby,
niczym ze złotego ziarna, w postać codziennego chleba.

Słońce maluje świat brudną barwą nicości,
ślepi ludzie brną w klatkę - żelazną, mocną.
Nie widzą mroku kata, który ich dusz łowcą,
nie zdają sobie sprawy ze swej egzystencjalnej małości.

Świst naboi nad głową, stała wojna nacji,
palą pokoju most, krwią przez przodków wnoszony.
Ciężkie działa techniki, złotej prosperacji,
ukazują na froncie, swe diabelskie strony.

Wszystko skończy się z czasem niczym letnie noce.
Spadnie nań nieprawych klątwy kolosalne brzemię,
przeistaczając w prawdę jawne sny prorocze,
odegrają swój ostatni spektakl na śmierci scenie...

Czytany: 175 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: