Posłuszny koń


Mgły się rozwiały i poranek świta
Kiedy w półmroku obrokuję konie,
Muszą śniadaniem piękny dzień przywitać,
Żeby się mogły po pastwisku gonić.

Wchodzę do boksu, zbliżam się do konia
A za nim widzę leżące koryto,
Czy on mnie kopnie? Wtedy drżące dłonie
Kształt namacały - a poranek świtał.

No więc zabrałem, choć z tyłu podszedłem
Koń mnie nie kopnął, może poczuł pana,
Gdy się odwracam, on do wyjścia biegnie
(Puste koryto lepiej zabrać z rana).

Na głowie swojej nie ma też kantara
Trudno zatrzymać zwierzę uwolnione,
Gdy szybko biegnie od samego rana
Tam gdzie już widać wielkie bele słomy.

Hej, mój kochany! - głośno zawołałem
Jazda do boksu, gdzie twoje mieszkanie,
Przecież sam tobie siano przynieść chciałem
Kiedy ogromną ochotę masz na nie.

Konik posłusznie do boksu się wrócił
Chociaż mu wcale niczym nie groziłem,
By mu czekanie na posiłek skrócić
Pierwszemu dałem - za to że był miły.

Czytany: 238 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: