JK - 19_grudnia .: Wierszoteka Ibki :.

19 grudnia
Nocną marą oczy umęczone,
Bez blasku, ciemne, jak sen, co je tak utrudził,
W bólu kurczową siłą powieki zaciśnione,
Może lepiej bym się wtenczas wcale nie obudził.

Beznadzieją ciężką w górę głowę podniosłem,
Rozpacz, co miast krwi w tętnicach pulsuje; krążenie nie ustałe,
Powieki bólu obsypane ołowiem uniosłem,
Może lepiej by opuszczonymi wtenczas pozostały.

Kotłują się, burzą, jak w oceanu kipieli,
Męczą mnie, duszą, te myśli zajadłe,
Jak jadem węże płynące; Wszyscy żeście Święci wiedzieli,
Teraz mą zgubą, że wtenczas nie upadłem.

Ale wstałem i z podniesioną ruszyłem głową,
Wtedy wyszedłem, do dzisiaj wciąż idę, głębiej w utopię, dalej się zatracam,
Choć dziś inną już zgoła jestem osobą,
Boże, widzisz, a nie grzmisz, grzmisz, a mnie nie trafiasz.

Wyszedłem i doszedłem, do celu pozornego,
Choć dalej za nim droga się rozlega,
Uszy nadstawiam, skąd tonu dźwięk nadchodzi odległego,
To dzwon woła. Dzwon zwycięstwa fałszywie uderza.

I widzę Ciebie, twarz Twą piękną, sylwetkę nadobną,
Wszystko jak ze snu, tak cudne, że niemożliwe,
Jakby kłamstwem okryte, do prawdy podobnym,
Czy to zwycięstwo naprawdę także jest fałszywe?

Oczy nasycić – czynem niesposobnym,
Mimo to patrzę, bliżej podchodzę, rozmowę rozpoczynam,
Głowę odwracasz i spojrzeniem chłodnym,
W miejscu pokonujesz, w pół słowa ucinasz,

To, co z góry na klęskę skazane,
A wcale dialogu nie mam tu na myśli,
Teraz prawda, ciemną gwiazdą okazana,
Snu złotego nie pozwoli wyśnić.


Cztery już tylko punkty pozostały,
Co wśród ciemności światłem jeszcze znaczne,
Dwa niechęcią i odmową tylko wyzierały,
W dwóch nadziei błyski, jawiąc się opacznie,

Jak miraż na pustyni, co studnię wyobraża,
Jedynie z żaru palącego i tęsknoty zrodzony,
On życie pali w tym, co go ufnością obdarza,
Po to, by został nie tu, ale milę dalej, pośród piasków złożony.

Tak i w tych oczach – nadzieja głupców złotem,
Dla tych skarbem, co w niej wiarę kładą,
Oni dalej brnąć będą, krwawym zlani potem,
Kontrapunktem dla tych, co się bez walki poddadzą.

Ja, brnąć zdecydowałem,
Dalej z kurzawę, co wszystkich pochłonie,
I woli nie zmieniam, choć długo żałowałem,
Nie zatrzymam się, póki słońce, przyświecać mi będziesz, na martwym nieboskłonie.

I wtedy świat mój runął,
wypowiedziałaś,
Ach, Boże czemuś dopuścił, czemuś nie usunął,
Mnie, w chwili, gdy rzec ro zamierzała,

I wtedy świat mój runął,
I nawet ta gwiazda ciemna przyświecać zaprzestała,
Ach, Boże, czemuś podtrzymał, czemuś nie usunął,
Wtenczas, gdy mnie jeszcze w to miejsce prowadzała.

I teraz w gruzach leży,
Czarnych, spękanych, bez ładu zwalonych,
Ach, Boże, czemuś wszystkich modlitw mimo, gorących próśb, pacierzy,
Na to całe zniszczenie pozwolił?

I teraz w gruzach leży,
Nikt inny, tylko ja, pogrążony,
Ach, Boże, czemuż teraz bólu nie uśmierzysz,
Czemuż dalej iść muszę, na wpół już uduszony?


Drogą pustynną podążać bez ustanku,
Wśród dolin ciemnych, wzniesień skalistych,
Wśród mostów zerwanych, lasów wypalonych, bez żadnego przystanku,
Aż się stopa nad którąś z przepaści pomyli urwistych.

I w dół runę,
Obiema dłońmi się ziemi chwytając, do społu,
I z dna się nie uniosę, na wieki zawrę z pustkowiem komunię,
A w dłoni kością zbielałej, j e d y n i e garść ze zbocza popiołu.

Część wieści tej prawdą, część jedynie wyobraźni owocem,
Ale faktem, że co rana wciąż się budzę niestety, z całym wnętrzem trawionym w pożarze,
Z jednego inferna w gorsze, a potem znów zasypiam i znikąd pomocy,
I nie wiem już gdzie się t e r a z znajduję, w życiu czy w koszmarze?

Czytany: 198 razy


=>

Najnowsze


























Top czytanych


























Top Autorzy


























Top Użytkownicy


























Używamy plików cookies, aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. co to są pliki cookie? . WIEM, ZAMKNIJ