Noc Styczniowa
Jako kryształy po ciemnej rozsypane materii,
Tak skrzą się gwiazdy na niebie obszernym,
W czarnej gęstego barwie atramentu,
Błyszczą jako pokruszonego drobiny diamentu,
A w dal zerkając, niebo u zachodu,
Gdzie łuna słonecznego widnieje pochodu,
Miast ciemnym być, niby w monarszym insygniu granaty,
O barwie tak czystej,
Niemętnej, jasnej, pełnej, przejrzystej,
Że o nie wszystkie zabiegały magnaty,
Bez celu, na próżno, żaden skarbiec bogaty ich nie wchłonie,
Bo w królewskiej, złotem oprawionymi, spoczęły koronie.
I lśnią, blask oku miły rzucając,
Poniżej zaś, barwą się z nimi mieszając,
Niby jadeity, turkusy,
Wizja co nieczułą skałę, pięknem swym poruszy,
Koloru gra, niby aktorów, co na tej arkadii gwiazdą liczną oświetlaną,
Jak na deskach staną,
I pokażą spektakl barw, detali, odcieni,
Tak te niebo, tam w dali, się jeszcze lekko czerwieni,
Ale już niedługo widok ów przepadnie,
Mrok ciemny ponad ziemią zmarzniętą zapadnie,
I zaleje ją jak ta smoła czarna, gęsty atrament,
I blask straci nawet w szlif ozdobny diament,
Bo żeby lśnił, światła potrzebuje,
A gdy go brak, wnet fasety mrok opanowuje.
Tak też na niebieskim dzieje się sklepieniu,
Które, jakby się zbliżyło, obniżyło, w ciężkim gwiazd brzemieniu,
I rozlewa się, mrokiem, nic już nie przyświeca,
Nawet miesiąc, ta nieba wschodniego roziskrzona świeca,
Zgasł. Jak kaganek, na nic tu westchnienia,
Wiatru z północy zimnego skosztowawszy tchnienia.
I niczego już nie ma, jedynie pozostaje chłód,
Ponad lądem w łańcuch zimny zakutym. W twardy lód.

Gdzie gałęzie brzozy ku górze wyciągają,
I zachodu blask jak ołów w witrażu dzielą, przysłaniają,
Gdzie z ziemią niebo na dalekim widnokręgu złączone,
Ostrą horyzontu liniją jakby z jednej materii na dwoje dzielonej,
Opuszcza niby teatralną po pięknej sztuce zasłonę,
I słońcu złotem błyszczącą ściąga z głowy koronę.
Przedstawienia koniec,
Jutra czekaj, aż znowu wschodząca latarnia zapłonie,
Późna we wczesną się godzina zmieni jeno,
I kolejnym dramatom świat się stanie, znużony, sceną.
Łzę ziemia przyjmie każdą i nie wzgardzi,
Podobnie jak krwi krople czerwone, nie wzniesie skargi,
Na tego kto je roni,
Ani temu kto powodem ich jest, czynu nie zabroni
Czynić dalej haniebnego, ból prawić,
Ciało lub serce, bagnetem lub słowem dziurawić,
Bo łza słona,
Jak i krew zarĂłwno czerwona,
W boleści się rodzą,
I w boleści ich rodzice odchodzą,
Gdzież jest, pyta więc, sprawiedliwość?
A jedyną mu odpowiedzią - wiatru zawodzenie i kamieni milkliwość.
Gdzie oko w dal nie sięgnie,
A drżącego nie wyłapie ucho o pomoc wołania,
Gdzie sił nie starczy i człowiek ulegnie,
Pośród zamarzniętej ziemi posłania,
Nocy jedynie ciemnym płaszczem okryty,
Pośród białych śniegu złożony kurhanów,
Jakby czarnym całunem owinięty, przed światem ukryty,
Jakby tu miał spocząć, tu zostać pogrzebanym.
I strwożony leży, pośród ryku zamieci,
Między białymi grzywami, co już łupu dopadłe,
Jeszcze sił ostatkiem tęskny obraz wznieci,
I przypomni to, co dawno już przepadłe,
Te co usłyszał gdy wychodził, słowa,
Kiedy w świat wyruszał daleki,
Teraz już tylko wiary połowa,
I honor o litość kołacze kaleki.

<Nie waż się zwolnić!
Nie waż się zatrzymać!
Nikt cie już dzisiaj nie zdoła uwolnić,
Nikt cie już dzisiaj nie potrafi powstrzymać!
Mimo tych słów, co jak kamienie,
Mimo tej całej wielkiej przysięgi,
Co cię jak grube spętała rzemienie,
Od wielkiej grodząc na wieki potęgi.
Idź, jak obłuda co z filozofich ust płynie,
Jak wielkie słowa, przez hipokrytów w ciszę rzucane,
Idź, bo cię kłamstwa, jak żywice, w złocistym zamkną bursztynie,
Wewnątrz grzązkim i lepkim. Porwanym nakryją łachmanem,
Choć myśleć będziesz, że to purpura,
A to tylko lniany wĂłr pokutny,
A twa chwała, w pięknych zapisana uwerturach,
Fałszywym dźwiękiem głoszona, tonem smutnym.
Idź, jak pożoga, co wszystko wypaliła,
Przez imperia upadłe, przez królestw popioły,
Bądź jak strzała skryta, co je wszystkie obaliła,
Przez szańce, mury, bastiony, ostrokoły,
Co wzniesione przeciw sobie,
Nienawiść przeciw nienawiści,
Choć żaden z nich niegodzien,
Nawet wyśnić snów, co ich nigdy nie pozwolił ziścić.
Idź, bądź jak ten murarz,
Co z pyłu i wody zaprawę uczyni,
I w granitach, a nie w pięknych zbuduje marmurach,
Na gruzach zwalonych, na pogorzałej pustyni,
Połączy zimne kamienie, popiołem i łzami,
I nie twierdze, wieże, mury, ale mosty i spichrze, kościoły zbuduje,
A wtedy kamień, jak wilk Remusa, Romulusa, dobrocią nakarmi,
I żaden się bat ponad ludzką nie podniesie skórę.
Idź, dąż, na nic nie zważaj,
Na twarze obłudnym rozjaśnione uśmiechem,
Na najgorszego, choć się za doradcę podaje, łgarza,
Na tego co nim nie jest, choć się dumnie nazywa człowiekiem.
Idź, dąż, nigdy się nie poddawaj,
Na twarze szyderczym wykrzywione śmiechem,
Na siebie samego jedynie się zdawaj,
Fałszywych wystrzegaj się dłoni zapleceń,
A najbardziej bój się tego, co się własnych oszczerstwem nie bał ust skrwawić,
Co z dziesięciu już złamał przykazań dziewięć,
Wszystkie prócz jednego, niezdolnym j e s z c z e zabić,
Tego co tak kłamał, że okłamał siebie.
Idź, karz, osądzaj, boś sam od nich lepszy,
Zdrajcom na pohybel,
Choć na twarzy twojej wyraz się jeszcze maluje bledszy,
Nie ma ręki nad twoją bardziej sprawiedliwej.
A twoje dzieło wielkie, niech się na stronicach zapisze historii,
Pięknymi literami, co prawdę w zwierciadle krzywym ukazują odbitą,
Niech twojej, zbrodnią podszytej, fałszywej wiktorii,
Urągają chociaż te, wbrew innym, skromne akapity.
Idź dalej, gardząc sekretem, łamiąc pieczęcie,
Na ustach z maksymą <semper fidelis>
Wierny komu, czemu, pytam, choć milczysz zawzięcie,
Tak się wyśpisz jak sobie wyścielisz,
Ale ty tego nie rozumiesz, nie starasz się nawet, nie pojmujesz,
Brnij więc dalej, idź, dąż w zaparte,
Ciesz się z tej garści którą codzień przyjmujesz,
Twoje sumienie przez srebro juĹź zatarte.
Idź, grom, zwyciężaj,
Dalej przez te równiny wojną zaorane, góry poniżone,
Bądź jako zły władca, ludu ciemiężca,
A wyczyny twoje ze zbrodni wybielone,
Niech chwalone będą śpiewem tysięcy,
Śpiewem serc czystych, prawdą oszukanych,
A białe skronie twoje niech złoty laur uwieńczy,
Podle skradziony, krwią niewinną zbrukany,
Idź nieugięcie, pewnością umocniony,
Niech zniknie w twych ustach między fałszem i prawdą granica,
Jeśli wogle istnieje. Nawet gdy wśród kłamstwa swego obnażony,
Wznoś się samotnie, jak wśród ruin wieżyca,
Bądź w swej pysze silny, niugięty,
Wznoś wokół siebie siebie mury obłudy, kłamstwa bastiony,
Jak głaz, co maskuje skazę, choć wewnątrz w pół pęknięty,
Aż się na ciebie posypią ostrakony.>

Gdzie brzozy ku górze ręce wyciągają,
Te dłonie pajęcze, sprawiedliwości spragnione,
Gdzie nocne czarnym kluczem niebo rozpruwają,
Kruki, jak te ciemne śmierci sługi, czarno zakapturzone,
Gdzie olchy szarymi cień rzucają pniami,
Jak cyprysy na <Wyspie Umarłych> Bocklina,
Czarnymi smutku naiskrzone igłami,
Tu się historia kończy i zaczyna,
Tu, wśród tych drzew cienistych,
Gdzie kładzie swój koniec i bierze początek,
ScieĹźek tyle ciemnych, drĂłg kamienistych,
Co prowadzą w pamięci najoddalszy zakątek,
Wędrówkę zakończył już swoją przykrą,
I sen rozpoczął wiatrem otulony,
I choć ciału teraz zimniej po trzykroć,
Duch się błąka wiarą pokrzepiony,
I choć był przez całe życie grzesznym,
Dusza nareszcie odpocznie udręczona,
Widok przed oczami jawi się pocieszny,
Świt nastaje. Pokuta odprawiona.

Czytany: 264 razy

R E K L A M A

=>