OSADA

OSADA
I
Kocie łby,nasz samochód wlecze się pod górę
starą uliczką pamiętającą czasy krzyżaków,
po obu stronach zabytkowe kamienice,murem
ciągną się leniwie w blasku stromych dachów.

Rodzinka w komplecie,tudzież ja z żoną,dzieciaki,
promienie słońca nas muskają i zefirek jest mały,
drzewa zielono się śmieją,na klombach czerwienią maki
radosne,a w oddali piękne wzgórza i pejzaż wspaniały.

Mijamy dom z drzewa czarnego ponurością swą duży,
nie raz w nim w ciemności błądziłem po pokojach,
ale to w innym śnie,teraz podziwiamy piękne góry,
które przed nami kryją tajemnicę w swych ostojach.

Pagórki po prawej stronie są łagodne chełminiaste
lecz te z lewej wspinają się krzykiem w mroczność,
budzą lęk,ale ogólnie piękno przeważa,kamieniste
ulice rozbiegają się w cieniu,by gdzieś odpocząć.

Musimy się zatrzymać,tuż przed nami góra olbrzymia,
ale trudno pniemy się kamiennymi schodami,pod nami
miasto i jego ulice coraz bardziej gubią swój wymiar,
a góra nas wciąga cicho,uśmiechając się złudą karmi.

Czujemy,jak nas wgniata jej wielkość,wiatr tańczy
i zdradliwie omiata nasze ciała,widać koniec schodów,
ale na górze stoi wieża,wysoka i jak duch opętańczy
nie daje nam spokoju i woła,bywajcie do mych progów!

Stoimy pod wieżą i nie widać jej końca co w chmurach
się chowa przed naszym okiem,opodal pną się krzewy
drogą kamyczkami czerwonymi wyłożoną,a wieża czujna
przyciąga naszą wolę,mami nas bezgłośnie bez przerwy
II
Wchodzimy do wielkiej windy,która porywa nas w górę
i wszystko w niej trzeszczy,cała się buja i trzęsie,
strach ściska nasze żąłądki,więć nie myślimy w ogóle
czy winda nas w górę na wieżę bez przygód poniesie.

Wreszcie stop!Czas strachu się skończył,wychodzimy
na taras olbrzymi z kawiarnią po środku,stoły i ławy
z gośćmi pijącymi napoje,gwar,śmiech,co my zrobimy
dalej,nie wiem?tymczasem w spokoju napijmy się kawy...

W dole widać senne kamienice miasteczka,jego okolice,
zielone wzgórza z lewej i skały z prawej tak blisko,
że na wyciągnięcie ręki się zdają,to złuda krzyczę!
to przecież jest ułuda,sen mój przeklęty,to wszystko!.

Nagle idę wzgórzami,a raczej ich krawędzią,za mną żona
z dziećmi,stoki góry pokryte są trawą i opadają stromo
w dół,w oddali widać zabudowania wiejskie,ta położona
tu wysoko osada to jest mój cel i senną moją tesknotą.

Przyśpieszam kroku,z tyłu słyszę wołanianie,wolniej!
ale mnie to zwisa,chcę tam dotrzeć jak najszybciej
przed końcem snu,który czkawką mnie męczy niespokojnie
i od początku mego świata zatruwa moje senne życie.

Nachwilę staję,sumienie każe mi poczekać na resztę,
odwracam się,widzę jak idą ciężko krawędzią ku mnie,
dawaj!wołam i ruszam dalej,ale coś sie dzieje,gestem
rąk odgarniam mgłę dziwną,gdzie osada,nie widzę!nie!!!

Obudziłem się zmęczony tym chodzeniem po wzgórzach,
znów mi się nie udało,zawsze jak do celu dochodzę...
tak blisko...cóż to jak czkawka,znów nadejdzie gdy zasnę,
kamienice,wzgórza,wieża i schody,ileż to razy zawodzę?

eugmar

Czytany: 208 razy


=>

Najnowsze















Top czytanych


























Top Autorzy


























Top Użytkownicy


























Używamy plików cookies, aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. co to są pliki cookie? . WIEM, ZAMKNIJ