Olśnienie


W chwilach, gdy na łeb spadam z wysokości zadań
w ciemny tunel, gdzie słyszę szydercze chichoty
pomazańców poezji; nie nada, nie nada,
i czuję - w trzewiach topią wilgotnawy dotyk.


Zasłaniam swoje frazy w macierzyńskim geście,
nieważne, że z błędami, przecież to są dzieci.
A syk zewsząd dochodzi - zbeszcześcić, zbeszcześcić,
jak w rzezi niewiniątek w zarodku zniweczyć.


Pod spuchniętą powiekę, dociera snop światła,
to ty wchodzisz, sen niosąc w ciepłodajnych dłoniach.
Co tchu biegnę, wciąż słysząc - wariatka, wariatka,
lecę w światło świadomie, nie jak ćma do ognia.


-A.G./04.09.11/

Czytany: 551 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: