Zaschnięte pelargonie


Lubiłam twoje historie, opowiadając,
nerwowo mrugałeś okiem i przełykałeś ślinę.
co chwila patrzałeś co ja na to. I to znaczące;
/wyobrażasz sobie?/, wtedy robiłam wszystko,
by za żadne skarby nie pęknąć ze śmiechu.
Za każdym zdaniem wyssanym z palca,
robiłeś znaczące pauzy na dołek w policzku.

To było w czasach kiedy noce były krótkie
a poranki ziewały po trzeciej kawie.
Ty, spec od niesamowitych historii
a ja, mistrzyni przypalonych tostów.
Takich nie z tej ziemi było więcej, wystarczyło
iść na ranne wykłady i spojrzeć im
w nieprzytomne ze szczęścia oczy.

Wtedy nikt nie dzielił włosa na czworo,
zapomniane pelargonie spokojnie kończyły życie
a zegarki na łańcuszkach śmiały się w twarz przechodniom.
Później były już tylko wakacje i umieranie z tęsknoty
po prowensalsku wśród majeranków, tymianków i bazyli.
Po powrocie poczułam, że spalone tosty są gorzkie
i zaczęłam podlewać kwiaty. Było już za późno.
Złamanego słowa też nie dało się nastawić.


-A.G./06.03.10/Paris

Czytany: 664 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: