Miejsce pod brzozą


Tombakiem jej w oczy świeciło,
po latach wylazła patyna
i w palec się wżarła niemiłość
w codziennie szemranych rutynach.

Tu przynieś, tam podaj, bez wzroku
bez szeptów, bez gestów, bez słowa,
gdy rok każdy pełen był pokut,
pan bóg, bóg go wie, gdzie się schował.

Na zewnątrz szczęśliwa z nich para,
obrączki błyszczały pod grozą.
A w domu znów czekał ją harap.
I miejsce czekało. Pod brzozą.

Spytała, czy chleb może kupił,
bo dzieci nie jadły kolacji.
Nn na to, że kawał z niej suki,
Uderzył raz tylko. Żelazkiem.

Odeszła tak cicho jak żyła,
bo tam, ściany uszu nie miały.
A wina to była niczyja,
a on, tylko trochę pijany.


-A.G./18.11.10/Paris

Czytany: 675 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: