Morze, może, nie może...


Morze, na którym deszcz wypłakał,
ofiarną młodość w żal i znój,
dmiąc, wszystkie grzywy sztorm rozdrapał
w nieopisany ludzki ból.

Niepewnie huśta ciężką głową,
na czczym pokładzie marnej łajby,
dzieli swą koję na połowę,
na to co było i co gdyby.

Jeszcze na sterze dotyk wzroku
nie wystygł a już trzeba wracać.
jesień zajęła nowe lokum
i chłód wrześniowy w fale wmiata.

I tylko portu puste wrota,
jak szalup farba obdrapane,
gdy nie ma mowy o powrotach,
zostają z żalem rozskrzypianym.

Los na pociechę może rzucić
sieci dziurawe starym latem,
krzywym promieniem jak kotwicą,
wspomnienia zszyje tak jak dratew.

Czujne niech będą życia burty,
kręgosłup masztu już niemłody.
Rzęzi,lecz nie zostanie jutro
jak statkiem widmo, nawiedzonym.

-A.G./15.08.10/Marseille

Czytany: 836 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: