Praca nad sensem życia
Przez wiarę w spełnienie marzenia przegrałem.
I straciłem wszystko, o co się starałem.
I straciłem na wieczność część życia swego.
Nigdy nie odzyskam umysłu własnego.

Zawładnęła nim kobieta piękna, młoda
I niewinna. Uwiodła mnie jej uroda
Jak anioł, na błękitnym, bezchmurnym niebie
Ukazuje się, by uszczęśliwić Ciebie.

Lecz mnie to nie cieszy, wciąż sił mi brakuje
I tchu. Tak bardzo moje życie się psuje,
Gdy jej nie ma w pobliżu. Uzależniony...
Tak! Powtarzam to sobie grzechem splamiony.

Jednak ten grzech mego celu nie przyćmiewa.
Jak wiatr nasiona nieprzerwanie rozsiewa,
Tak pragnę dążyć do przeczystej kobiety,
Ale przegrywam w walce o nią niestety.

Kiedy w jej oczy spojrzę dnia pochmurnego,
Przygnębiony trudami życia marnego,
Natychmiast oddali się ciemność bezkresna
I zniknie ciała wszelka rana bolesna.

Gdziekolwiek się zjawi tam świat szary zmienia
I nikt nie znajdzie w nim smutku czy cierpienia.

Gdybym tylko mógł dotknąć jej gładkich dłoni.
Gdybym tylko wiedział, że się nie osłoni
Niewidzialną tarczą, starałbym się wiecznie
O jej szczęście i by czuła się bezpiecznie.

W dzień osobliwy, kiedy uczucia płoną,
Dałem swojej wybrance różę czerwoną,
Jako symbol mojej głębokiej miłości,
Która w jej duszy z pewnością nie zagości.
Ona spłynie jak łza po sercu złamanym
I zaniknie w słowie niewypowiedzianym.

Spacerując ulicą porą deszczową
Mijam smutnych przechodniów z twarzą grobową.
Tak idąc bezdomnego widzę na ziemi,
Co żebrze o pomoc siłami wszystkiemi.
I patrzę na niego bystrymi oczyma
Próbując domyślić się, co go wciąż trzyma
Przy życiu. W jednej chwili siebie ujrzałem.
Jestem jak ten biedak... w duszy pomyślałem.

Opuściwszy strasznie nieszczęsną osobę
Poszedłem do lasu by przeżyć żałobę.
Samotnie usiadłem na zimnym kamieniu
I spostrzegłem orła na nieba sklepieniu.
Ten także mnie dojrzał i się nie wahając
Zleciał na ziemię swoją czystość oddając.
Bez strachu podszedł i wzrokiem przenikliwym
Wpatrywał się we mnie nie będąc szczęśliwym.

Był tak zasmucony lecz wtem się zdziwiłem.
Dlaczego się zaśmiał? Czy ja to sprawiłem?
I nagle kobietę w orle rozpoznałem,
Kobietę, której siebie ofiarowałem.

To ona przez cały czas się mną bawiła.
To miłość fałszywa w mym sercu utkwiła.
Choć bliski rozpaczy w pewnych chwilach byłem,
To ja ostatecznie walkę zwyciężyłem.

-

I tak już wszystko przeminęło swobodnie
Jak deszcz, który pada na ziemię łagodnie.

Przeznaczenie się zmienia, szczęście powraca.
Sens życia odzyskam... Męcząca to praca...

wrzesień -październik 2005

Czytany: 1249 razy


=>

Najnowsze


























Top czytanych


























Top Autorzy


























Top Użytkownicy


























Używamy plików cookies, aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. co to są pliki cookie? . WIEM, ZAMKNIJ