DZIECI
Długo uczyłem się słyszeć pośród mężczyzn,
z którymi jem chleb i piję wódkę przy stole.
Rozmawiają o kobietach i złodziejach węgla.
Patrzą sobie w oczy, jak w lustro, nie dalej.
Szyby w oknie brzęczą od ich niskich głosów.
Kobiety mają swoje miejsce w jęczącym łóżku.
Jeśli jest inaczej, to się o tym nie opowiada.
Ale dziećmi chwalą się chętnie, tylko krótko,
bo dzieci przypominają, że wszystkiego brakuje.
Najbardziej pieśni albo wiary w światło poranka.
Wciąż wszystkiego brakuje, choć już tyle pracy.
Tyle życia i zdrowia w czeluściach kopalni.
Albo w płomieniach metali i w mgle cementu.
Widzą świat przez brudną szybę telewizora.
Europa, Ameryka, tak, oczywiście, nie tutaj.
Syn pisze rzadko, córka nie wróci, bo po co.
Milkną, jakby czekali na znak, może od Boga.
Jem z nimi chleb i p[iję wódkę przy stole,
który dostali z pańskiej kuchni po rewolucji.
Mijają chwile, jak miesiące długiej choroby.
Bełkocą, że wygnali stąd nawet własne dzieci.
I ciężkie głowy chylą czule do starego blatu.
Odchodzą duchy panów, Żydów, inteligentów.
Jest już tak późno, mrok siwieje niczym włosy.
Przez szparę w drzwiach zagląda gruba kobieta.
Patrzy na mnie natrętnie, jak dziecko na kalekę.
A może chce się we mnie przejrzeć, nim coś powie.
Nie, cofa się za drzwi, jakby chciała ukryć
jeszcze jedno pytanie o to, kto kradnie węgiel.


Czytany: 828 razy


=>