ptasie wesele i ja z marcinem w moich oczach


to były lata sześćdziesiąte.
można się było bawić tak długo jak tylko świeciło słońce .
z tym że każda z dziewcząt wiedziała o jednym.
zabawa się zaczynała jak pojawiały się oczy marcina.
naprawdę nie działo się nic. nie było żadnej zabawy.
każda z nas widziała kilkudziesięciu chłopaków
ale celebrowały tylko jego oczy. bez tego blasku nie było nic.
oczy były jak brylanty w koli naszej babci w opowiadaniach mamy.
tylko przy nim było słychać jakąś muzykę. nic więcej.
ja wiedziałam jak każda pragnie jego skrzydeł motylich.
ja tez. nasze sukienki symetrycznie krojone były dla niego.
czułam to na piersiach jak dla marcina każdy taniec był wierszem
a dla nas ptasim weselem na drutach telegraficznych.
panną młodą miałam być tylko ja. ja żadna inna.
on jednak o tym nie wiedział. bo jak mógł wiedzieć.
nie umiał gonić moich marzeń i zwierzeń.
a ja nie miałam pojęcia o tym jak wkraść się pod skrzydła
motyla. zagłuszyć muzykę z zawsze płonących oczu.
takie głupie i naiwne były to czasy. nie rozumieliśmy big-bitu
a jazzu nie wolno nam było grać. rozmawiały tylko nasze oczy
staraliśmy się kochać i zdobywać a nie wiedzieliśmy jak.


06 październik 2006

Czytany: 1101 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: