Moje miasto (po kilkudziesięciu latach)


zawierzając temu
że nic nie pozostawia się bez śladu
latałem jak Ikar w poszukiwaniu wyrazów
innej prawdy o sobie

jak muszka przed wiekuistym uwięzieniem w bursztynie
z nadzieją że tak właśnie zacumuję na wieki wieków
tłumaczony przez apostolskie poselstwo poetów wędrowców
o wyjściu z punktów potrzeby dowartościowania moich peryferii

(po czterdziestu latach)
wkradłem się dokładnie tą samą stroną, co uciekałem
fundując sobie bezpłatny przelot nad moimi ulicami
już z lotu ptaka widzę że wszystko się zmieniło
jest jak było a nic nie jest inaczej

wszystko jest na tej samej równej jak talerz dolinie
z rzeką główną jak drogowskazem na morza i oceany
ulica główna, na której transparenty tachałem
znane okna w których panny za firanami stały

niejedną z nich szaleńczo kochałem
w ulicach przecznicach z historią wciąż żywą
park wieża kościelna jedna i druga
pod tą się modliłem i kadzidło rozpalałem

ogród w kwiecie odziany szatami mogił
i drugi którego już nie ma
przechodziłem dalej sadem
jabłka zrywałem – obok była tania jatka
na tym i tamtych dachach pamiętam lodowe sople
– wielkie i okropne
a teraz jest to trójwymiarowe

za tym starym drzewem chowałem się dziewczynie
tamtą inną pannę poznałem w tym starym kinie
a tu, na tej bocznej, przytulnej wtenczas ulicy
miłe koleżanki pokazywały się w spódnicach

dzisiaj jakiś opasły bank pociesznie się tu byczy
wszystko splecione w buszu lamp elektrycznych
rysują miejsca dawnych bezżennych schadzek
do beztroskich marzeń
o dojrzałym życiu i raju

tam znowu przesiadywałem z kumplami
wódy nie musiałem rozlewać przed lustrami
cienkie szkło i grube kelnerki jak malinki
w kawiarence o dwunastu co najmniej ścianach

spodnie tłuste od kaczki krawat w tylnej kieszeni
tak było jak teraz widzę ten sam portal kościelny
wykuty z kamienia ludzkim potem wymoczony
żywy dowód pracy i miłości na wieki wieków

doszedłem do klasztoru obok jakże pięknej ulicy
to początek drogi - kalwarii lustra męki i pokory
dla niej dla naszej modlitwy
odważnej i poufnej dla zgody
naszych pomiędzy wschodem i zachodem ideałów

tak wspominając czasy jeszcze nie naszej Europy

wszedłem na rynek
dzisiaj szkli się jak spod igły

tak przedtem jak i teraz
jest odnowy symbolem
już nie czerwony dumny

o założycielu miasta wiem
i każdy inny też wie dzisiaj
że we krwi ma on nic z Piasta

widzę miasto święte
i pełne jak Arka Noego
już nie mam nic z tego

dlatego ulatniam się znowu
po czterdziestu latach
uważnie pilnując
abym głowy do tyłu nie odwracał

bo może miastu mojemu uda się
lepiej niż Sodomie i Gomorze
Szczęść mu Boże

Czytany: 1355 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: