Uśmiech w perełce zaklęty
Mogę uśmiechać się do woli ubierając w najskrytrze marzenia,
schować się za szumiącą swoje opowiastki brzozą i udawać,
że jestem na bezkresnej łące gdzie maki ubiorą mnie
w czerwoną suknię, a promienie słońa zaplotą mi warkoczyki,
deszcz skropi mnie najbardziej fascynąjącymi perfumami,
żadnych ludzkich odgłosów tylko dźwięczny szum potoku,
i wtedy już będę jak nimfa wodna przemykająca leśnymi
nikomu nieznanymi dróżkami zostawiając niewinne odciski
mych ciepłych od dotyku swych nieśmiałych ust palców na mchu
ogorzała od tętniącego wszystkimi kolorami namiętności
serca zanurzonego w winie uniesienia.
Jakoś mam ochotę wskoczyć do tej krystalicznej wody
i ukłonić się niewidzialnej widowni.
I zniknąć jak zmysłowa kotka w nieprzewidywalnej ciemności,
nie ujawniając swych zamiarów,
jakby przepraszając za płonącą z mych oczu
żarem niespełnienia nieśmiałość.

Mijam jakiegoś przechodnia w garniturze tupiącego nogą,
wykrzykującego coś do telefonu, przeklinającego.
Nie jestem już w oddychającej zielenią oazie spokoju, lecz
na tętniących haosem i niepokojem ulicach co rusz na siebie
z niezadowoleniem pokrzykujących.
Mijam jakieś rozkrzyczane i zapłakane dziecko ciągnące
matkę za rękę i beszczelnie puszczającego balony z gumy.
Nie ustępuje mi z drogi tylko ironicznie się uśmiecha,
mijam go lekko zmieszana, ale i rozzłoszczona jakoś mnie
zdeprymował.
A za plecami nieustannie gdzieś pędzący tłum,
ciągle się zastanawiający która droga będzie najwłaściwsza?
Ale nie takim dla artystów,
takim gdzieś w ciemnej uliczce,
żeby móc wyjść po angielsku.
Dopiero teraz znów słyszę nad głową ten sam kojący niczym
miód krystalicznie czysty głos ptaków,
z determinacją swym śpiewem przedzierających się
przez uliczny bezlitosny gwar.

Dziękuję im radosnym uśmiechem za to,
że starają się rozweselać ludzi
nawet jeśli oni tego nie dostrzegają.
Zawsze znajdzie się ktoś kto zatrzyma się na środku ulicy
i tak jak ja poczuje całym sobą zieleń wibrującego powietrza,
albo niezapomniany dżwięk zaskakująco ciepłego dotyku chmur.
Jakbym chciała móc przytulić się do chociażby jednej z nich
trzymając w dłoniach kubek parującej gorącej czekolady.
Jak by było miło zapatrzeć się w traskające z kominka iskierki,
poczuć ciepły dotyk otulający swym blaskiem
rumiane policzki i zasnąć błogim snem.
I śnić o zachodzie słońca i o lazurowym oceanie
skąpanym w granatowym mroku,
czuć słony smak na wargach,
tak dziś w nocy przytulę się do niebieskiego atłasu,
będę leżała spoglądając w bawiące się w berka
gwiazdy na niebie może pozwolą mi dołączyć
a potem zmęczoną utulą mnie do snu.

I ten księżyc co tak cichutko wygrywa kołysankę
na skrzypcach jakby w kilku słowach chciał zawrzeć
wszystkie westchnienia jakby co noc sam siebie pytał
kim jest i dokąd zmierza.
Poniewiera się po bezkresnym granacie nieba
niczym zbłąkany starzec poszukujący
gdzieś zagubionych myśli.
Jeszcze tylko jeden uśmiech na dobranoc
i księżyc otuli mnie śnieżnobiałym kocykiem
upstrzonym milionami migoczących perełek.
Ten pan o żółtym licu jest jak cień przemykający
ciemną uliczką nikogo nie zaczepia,
nikogo nie pyta o drogę, nikogo o nic nie wini
sam jest sobie okrętem i sterem,
a pokarmem dlań słodkie sny ludzi.

Tylko cichosza... Nie chciałabym obudzić różyczek,
tak tych co cichutko przycupnęły na werandzie
tej pod kryształowym oknem.
Spójrzcie tak anielsko wyglądają gdy tak śpią
otulone kołdrką z rosy.
Rosy, która powoli skapuje na ich policzki obmywając je
z szarości dnia codziennego.
Rosy, która z rana napoi je nektarem słodszym niż miód
i da im siły by przetrwały kolejny dzień
pełen wichur i nieprzyjemnych ulew.
Ci... Cichutko wyjdźcie na paluszkach
bo i ja już powoli składam swoją niewinnie dziewczęcą
główkę na poduszeczce z obłoków
by śnić o plaży skąpanej w blasku słońca złotego
i o uroczym uśmiechu mego chłopca
jak ja uroczo nieśmiałego.

Ps. Nie piszcie w komentarzach, że wiersze są długie, bo wiem o tym. Poprostu mam taki styl tworzenia. Pozdrawiam:)

Czytany: 7624 razy


=>