OJCZE NASZ
                         OJCZE NASZ


                         OJCZE NASZ KTÓRYŚ JEST W NIEBIE

Moja wiara nie przenosi gór
Ani nie karmi głodnych
Jedyny cud jaki umiem czynić
To zamiana denaturatu w wino
Piję do lustra i patrzę w te siedem lat nieszczęścia
Szukam naszego podobieństwa
Dmuchane szkło smukłych butelek
Wydłuża moją twarz w „Krzyk” Muncha
Widzę Twoje plecy - śpisz
Na zrogowaciałą skórę dłoni
Kapią łzy
Panie
Znów piję na smutno
I w bezsilności gryzę rękę
Która przed chwilą próbowała uciszyć żonę
Za obrazem Marii
Zamiast odłożonych banknotów
Tylko pajęczyna i kurz

Przed nim
Zapalone świece
Spijają łapczywie tlen

Coraz trudniej oddychać


















                            47


                         ŚWIĘĆ SIĘ IMIĘ TWOJE



Stawem ze złotą łzą karpia
Którą wysuszoną chowam na dobrą wróżbę
W portfelu znalezionym pod choinką

Stopami zakurzonymi u kresu wędrówki do Betlejem
Gdzie do dziś pustynia spija krew
Z korony cierniowej

Kamieniem rozgrzanym w dłoni
gotowym do wskrzeszenia iskry buntu
na ulicach pełnych wołania o chleb i pracę

Krzewem co płonie
w naszych zmęczonych głowach
I przed snem rzuca na kolana


Chłodem posadzki
co rzeźbi skórę węża
Po ukąszeniu Kleopatry

Krzyżem
który codziennie
zdejmujesz z moich ramion


















                                  48




       PRZYJDŹ KRÓLESTWO TWOJE


Panie
kolejną noc zabijam bezsenność papierosami
Męczy mnie ten banalny obraz z kiepskich filmów
Że utracę przytomność na środku ulicy
I nie zdążę się nawrócić
wyznać ostatniej zdrady
Przypomnieć pierwszej modlitwy

Ja - owieczka
na której ponoć
Tobie najbardziej zależy
To jeszcze nie trwoga nie ostatnie wołanie
tylko zwyczajny codzienny ból
Wchodzenia po schodach
Czekania na list od dzieci
Rozpoznawania siebie w lustrze
Liczenia zasług na odcinku renty


Tracę wzrok
I ostrość widzenia
Ale włosy mi jeszcze nie wypadają

Nie wiem co to dializa
Parkinson Alzchaimer
Chemioterapia

Ale już powoli się uczę
dzień święty święcić
















                                  49



BĄDŹ WOLA TWOJA JAKO W NIEBIE TAK I NA ZIEMI



Cóż więcej mam powiedzieć
ta kobieta jest mi przypisana
zeszła już z nieba na ziemię
zrzuciła anielską powłokę
jej głos nie pasuje do chóru

każdej nocy leżymy obok siebie
zęby wyszczotkowane do granic pożądania
Konkurują ze spadającymi meteorytami
Schylone potajemnie cienie dzieci
Powracając z nocnych lokali
Zdmuchują nasze kolorowe sny

Śródziemnomorskie ryby kuszą barwą
I lepią się do snu jak znaczki pocztowe
harpun chybia kolejny raz

w bezsenności brakuje już wolnego boku

od jakiegoś czasu nie kusi mnie niebo
Zostaję na ziemi
Z wiarą w grawitację
i przyciąganie charakterów

oraz   ciała
niebieskie
w marzeniach












                            50


CHLEBA NASZEGO POWSZEDNIEGO DAJ NAM DZISIAJ


Już od dawna śmierdzę
Ludzie jak komety omijają mnie coraz większą elipsą
Nim zamarznie ziemia
Walczę ze szczurami o białą penicylinę pleśni
Na chlebie potajemnie wyrzucanym do śmietnika

Czasem podkradam go znajomemu gospodarzowi
Który ma fermę kur
jest wilgotny i rozchodzi się między palcami
nawet w wigilię
Nie pęka jak opłatek
Czy wojskowy suchar

Nie mam już wiernego psa
Który był tak wybredny
Że przynosił mi szkolne kanapki od dzieci
Nie śliniąc się nawet

Stoję często za ogrodzeniem boiska
Ale nie mam odwagi poprosić
Chociaż już przestali
Rzucać we mnie kamieniami

Już od dawna nie kojarzę
Bochenka ze złotówką





















                                     51




I ODPUŚĆ NAM NASZE WINY




Stoję w długiej kolejce po pieluchomajtki
Mocz ścieka do mokasynów
Które na ostatnią drogę kupiła mi
Świętej pamięci żona
Ona na szczęście nie doczekała
wezwań do prokuratury
i zajadłych pytań IPN-u
oczywiście że stosowałem metodę odwróconego taboretu
i jaskółkę

Boże
Stoję już cztery godziny
I żadnej nadziei na powrót do moich domowych
Zwierzątek
Rybki pewnie głodne
Kanarki spragnione

Panie
Nie wyobrażasz sobie
Jaki urok ma naga kobieta w pozycji jaskółki
Nie musiałem po nocach wyczekiwać pod jej oknami
Wystarczyło że miała brata w AK

Dzisiaj czeka obok
siedzi na wózku inwalidzkim
z wyblakłym błękitem źrenic

w zasadzie to mnie zawdzięcza wszelkie zniżki

Jej twarz jest bez wyrazu
I bez bólu







                                    52





JAKO I MY ODPUSZCZAMY NASZYM WONOWAJCOM



Być może mnie bił
Wysoki Sądzie
Ale jakie to ma dziś znaczenie
Skóra powoli zlizała blizny
A odciski od łopaty sprawiły
Że te rany przestały się rymować
Ze słowem ojczyzna

Nie pamiętam
Twarze mieli podobne jak i legitymacje

Uderzenie polskiej kolby
Bolało tak samo jak i niemieckiej
Wilgoć murów ta sama
Agresja szczurów też

Nie wiem
Kto wybił mi więcej zębów

Większość z nich zjadłem
Na niemodnym dziś słowie
patriotyzm



















                                 53




          I NIE WÓDŹ NAS NA POKUSZENIE


Nie zazdroszczę sąsiadowi samochodu w kolorze
Burgund metalic

Drzewa w jego ogrodzie
Nigdy nie kusiły mnie owocem

Talerz satelity wielki jak Polska Jagiellonów
nie przysłonił mi rozumu
Ani słońca w pogodny dzień

Ale wzywa mnie do broni
Krótka koszulka jego żony
Podnosząca się prowokacyjnie przy wieszaniu prania

Jak o ścianę płaczu
Uderzam głową w mur mojego domu

Wbijam paznokcie w zasadzone drzewo
Patrzę na syna
I powtarzam przysięgę sprzed lat

i nie opuszczę cię
aż do śmierci


















                               54

ALE NAS ZBAW ODE ZŁEGO


Panie
Pierwsze pytanie jakie sobie stawiam
To jakie miałoby oczy
Czy byłoby podobne do mnie
Czy do ojca
Często stawałam profilem do lustra
Wkładałam poduszkę pod sukienkę
I sprawdzałam
Ile dumy doda mi brzuch
okrągły jak świat   
Jednak w moje samotne rude noce
Pokój z lustrem zamieniał się w beczkę śmiechu
I drwił z moich piersi
Zwisających jak uszy myśliwskiego psa
Garściami pełnymi tabletek
O ciężarze jednej ołowianej kuli
Napychałam zapadłe policzki
I zapominałam numeru pogotowia ratunkowego
Rano znów robiłam kanapki
Pakowałam tornister
Worek z zamiennym obuwiem

Syn czy córka
Milczy lustro
Bełkoce coś tarot
Zaniemówiła pokątna znachorka
Niebieskie i różowe wstążki
Zaciskają moje gardło

Panie
Jestem pusta jak tykwa
Nigdy jeszcze
Nie miałam mężczyzny












                                           55
                  

            AMEN


Ten kamień jest zimny jak twarz dziecka na mrozie,
Nie grzeje go płomień ni martwe liście dębu,
Oczy już nie płaczą , serce twarde jak orzech,
Choć północ nad krzyżem , żaden strach się nie lęgnie.

Pod bryłą kamienia jest odrobina domu,
Zaklęta w matczyne, odarte z życia dłonie.
Bo nawet Ty Panie nie byłeś w stanie pomóc,
Chociaż wbity na krzyż, ciągle stajesz w obronie.

Odpłacam kwiatami i marnym ciepłem zniczy
Za troskę o rany, za każdą kromkę chleba,
Za nocne czuwania, których nikt nie policzył,
Za wszystkie nadzieje, których piach nie pogrzebał.













Czytany: 1821 razy

R E K L A M A

=>