W bialy dzien

Do pensjonatu w gorach jezdzilby,

na obiad do jadalni schodzilby,

na cztery swierki z galezi na galaz

nie otrzasajac z nich swiezego sniegu

zza stolika pod oknem patrzylby.

Z brodka przycieta w szpic,

lysawy, siwiejacy, w okularach,

o pogrubialych i znuzinych rysach twarzy,

z brodawka na policzku i faldzistym czolem, jakby anielski marmur oblepila ludzka glina -

a kiedy to sie stalo, sam nie wiedzialby,

bo przeciez nie gwaltownie, ale pomalutku zwyzkuje cena za to, ze sie nie umarlo wczesniej i rowniez on te cene placilby.

O chrzastce ucha ledwie drasnietej pociskiem

- gdy glowa uchylila sie w ostatniej chwili ,,cholerne mialem szczescie'' mawialby.

Czekajac az podadza rosol z makaronem dziennik z biezaca data czytalby, wielkie tytuly, ogloszenia drobne, albo bebnil palcami bo bialym obrusie, a mialby uzywane od dawna dlonie

o spierzchlej skorze i wypuklych zylach.

Czasami ktos od progu wolalby:

,,panie Baczynski, telefon do pana''

i nic dziwnego w tym nie byloby,

ze to on i ze wstaje obciagajac sweter

i bez pospiechu rusza w strone drzwi.

Rozmow na widok ten nie przerywanoby,

w pol gestu i w pol tchu nie zastyganoby, bo zwykle to zdarzenie, a szkoda, a szkoda, jako zwykle zdarzenie traktowanoby.


,,Polityka'' 5 IV 1980


Czytany: 19988 razy

R E K L A M A

=>