Sto pociech


Zachcialo mu sie szczescia, zachcialo mu sie prawdy, zachcialo mu sie wiecznosci, patrzcie go!

ledwie rozroznil sen od jawy,

ledwie domyslil sie, ze on to on, ledwie wystrugal reka z pletwy rodem krzesiwo i rakiete,

latwy do utopienia w lyzce oceanu,

za malo nawet smieszny, zeby pustke smieszyc, oczami tylko widzi,

uszami tylko slyszy,

rekordem jego mowy jest tryb warunkowy, rozumem gani rozum,

slowem: prawie nikt,

ale wolnosc mu w glowie, wszechwiedza i byt poza niemadrym miesem,

patrzcie go!

Bo przeciez chyba jest,

naprawde sie wydarzyl

pod jedna z gwiazd prowincjonalnych.

Na swoj sposob zywotny i wcale ruchliwy.

Jak na marnego wyrodka kryszalu -

sosc powaznie zdziwiony.

Jak na trudne dziecinstwo w koniecznosciach stada niezle juz poszczegolny.

Patrzcie go!

Tylko tak dalej, dalej choc przez chwile, bodaj przez mgnienie galaktyki malej! Niechby sie wreszcie z grubsza okazalo, czym bedzie, skoro jest.

A jest - zawziety.

Zawziety, trzeba przyznac, bardzo.

Z tym kolkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze. Sto pociech, badz co badz.

Nieboze.

Istny czlowiek.

Sto pociech 1967


Czytany: 16326 razy

R E K L A M A

=>