Słońce na Saharze


                I nagle ni stąd, ni z owąd - kłaniam się przed słońcem,
Mały, skulony, przyznaje się do winy jak skazany więzień,
sprawca zaniedbania niewiedzy o jego potędze.
W jednej chwili zgubiłem ocenę ogromu jego imperium.
Stojąc na pustynnym morzu z piasku,
Widzę w tym jednym momencie, ze jestem opętaniem
Juz wiem - nigdy nie pomyśle o czymś większym!
Tyle juz lat chowałem się przed jego blaskiem,
Otumaniony prawdziwym lśnieniem, błagam
- nie chowaj się słonce dalej, zostań nad złotym piaskiem!
Ono, nie posłuchało,
Zagasły żary i rumieńce na piaskowych wydmach.
Słońce zaszło!
Tak zupełnie nagle. Zrobiło się ciemno.
Uniosłem głowę, tam był blask jego, to gwiazdy.
Potem spojrzałem za siebie, i co zobaczyłem?
Ono wzeszło.
Zostało ze mną.
I ja na zawsze jego!

Czytany: 1400 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: