Poruszyła się na posłaniu...
Poruszyła się na posłaniu
( i jakaś sól z Sahary smagnęła ją milczącą
Bo żyć jest także tępym przerażeniem )

Na dworze rozwidniało się
( i chmurne serce gradem lodu wypełniło jej żyły
Bo życie jest bestią tak nie nasyconą
Że w pełnym locie pożera pragnienia wnętrzności )

Cierpkość alkoholu kąsając dogorywała
( I mroźna i czarna gąbczasta bawełna cieni
Wyssała ciepło jej krwi
Bo miłość nawet ona jest zatruta )

Język jej żałosny odłóg po tytoniu
( I wyślizgnęły się pod stopy jej tunika os
Bo w życiu nie ma miejsca dla życia )

Zachłysnęła się własnym łkaniem
( I jej nieruchome oczy zaprzepaściły się
Bo nikogo nigdy nie spotkamy
W spustoszonych przesmykach serca )

Wyciągnęła ramię po flakonik
( i jej brzuch był spowolnionym ruchem wodospadu
pod którym nieprzerwanie rozwiera się próżnia
Bo iść przez świat to iść przez jaskinię
Oczu zamurowanych i szalonych)

Zaczęła gryźć pastylki co były jak kamień
( i jakaś ręka nieobecności z rozczapierzonymi palcami
Przedarła się przez nią na wskroś
I wpuściła za sobą
Wielkie zasoby czarnego spokoju
Wielką triumfującą rzekę zagłady)

Bo jesteśmy tacy samotni
- Bo nie ma dłoni w którą by można złożyć
Naszą daninę ze strzępów tkliwych
Z mrocznych kałuż na których tańczy błysk
Bo nie ma nikogo kto by nas wydostał na brzeg
Bo nie ma nic nie ma nic do zrobienia.

Czytany: 2164 razy


=>