Staff_Leopold - Pean_wiosenny .: Wierszoteka Ibki :.

Pean wiosenny
Czy kto już widział na polach bociany?
Czy kto już widział, powrotne jaskółki?

Jeszcze nie czują żadnej w sobie zmiany
Szare ulice i mroczne zaułki,
Gdzie schnie po śniegach, błoto w dróg wyboju,
Ale już w serca mego niepokoju,
W mej krwi obiegu, która spieszniej krąży,
Ze jej zaledwo. tętno nie nadąży,
Czuję wyraźnie, o, czuję radośnie,
Ze gdzieś na polach ma się już ku wiośnie!
Choć wszystko wkoło. jeszcze szare, senne,
Chmury już zdają się jakby wiosenne:
Perłosrebrne płyną niebios tonią
I zalatują jakby kwiatów wonią!
Nie zielenieje jeszcze,, lecz z pogłoski
Ciepłych powiewów, od których przymrozki
Pierzchają śladem uchodzącej zimy,
Słychać, że łanów kraciaste kilimy
Ożywczą w głębi przechodzą przemianę
I rządy mrozów są już zapomniane,
Ledwo marcowe podeschły, roztopy...
I niecierpliwią się już moje stopy,
By z miejsca porwać się, biec, lecieć w pole
Na skoki, pląsy, na dziką swawolę,
Wywracać kozły i stawać na głowie,
I witać niebo, i pozdrawiać chmury,
Wyrzucać czapkę radośnie do góry
I wołać głośno: "Dajże ci Bóg zdrowie,
O, ziemio, niebo, o, zbudzony świecie,
Co moją duszę odradzasz i kwiecie!"

...O, wybaczże mi ty ten brak powagi,
O, Wielki Cieniu, wierny towarzyszu
Człowieczej ^ myśli, która prawdzie nagiej
Patrzy w oblicze nieme. Na klawiszu
Mojego serca położyła palec
Stara tęsknota i jak w instrumencie
Dawno umilkłym, w duszy mej odmęcie
Coś zaśpiewało! I twardy zakalec
Twojego chleba, którym karmisz głody
Mej samotności, wydał mi się strawą
Cierpką, a posmak twej letejskiej wody,
Co czyni twoja zaziemską zaprawa
Każdą biesiadę - Ostatnią Wieczerzą,
Przedziwnie gorzkim. Wiem, że poza światem
I poza życiem wielkie tajnie leżą,
Ale człowiekiem jestem, nie ornatem,
I mdleje wreszcie ręka od znużenia,
Dzierżąca wiecznie woskową gromnicę
Co, oświecając mrocznego milczenia
Progi, pogłębia, nocy tajemnicę.

Snadź nieostrożnie jest i niebezpiecznie
Serce swe wiązać z tym, co nie trwa wiecznie,
Lecz mi tym droższe, winno być, co zginie,
Gdy to, co wieczne, nikogo nie minie
I z cierpliwością nad grobowym dołem
Czeka z całunem, i urny popiołem.

Wiem, że są sprawy wieczne i przystoi
Myśleć o śmierci tym, którzy sposobu
Nie znajdą nigdy, by, uniknąć grobu
I tego, co się poza grobem roi
Natrętnej trwodze. Rzeczą pożyteczną
I budującą jest przywykać z, wolna
Do tej pewności, że droga padolna
Ma kres niechybny, czy stopą taneczną
Kroczy nią płochość, czy się po niej wlecze
Szczudło kaleki; ze radość jest ziarnem
Rozczarowania, z którego sny człecze
Czerpią naukę, że wszystko jest marnem.
Mądrość też radzi - a przyświadcza onej
Duma człowiecza o swą godność dbała -
By się oswajać z grozą, co ramiony
Zimnymi sięga po zrodzonych z ciała,
I umieć spokój zachować w godzinę,
Co nas powinna zastać w pogotowiu,
Gdy w naszej łodzi niepewną łupinę
Zgon wrzuci balast nadmierny ołowiu,
By ją pogrążyć na dnie. Dna onego
Zagadka tajna jest i niezbadana
Tym, którzy w duszy własnej nie dostrzegą
Granic cierpienia i smutku i z rana,
Budząc się w słońcu, w oczach nie przynoszą
Spojrzenia nocy, która wtajemnicza
W swą niepojętość! Długo tą pustoszą
Wodziła kroki moje samotnicza
Ciekawość bezdna! Długo byłem tkaczem
Tych szarych myśli, w których duch nasiąka
Chłodem piwnicznym i, płacąc haraczem
Żywota, dzieło czyniłem pająka,
Co mądrość z siebie snuje długą przędzą
Własnych wnętrzności, by nimi owinąć
Wystygłe serce świata! Pustko! Nędzo!
Chłodzie! Lecz serce człecze nie chce ginąć
W nieskończoności lodowym bezkresie,
Gdy wiatry mówią, że są drzewa w lesie
Młode i żywe, co piją promienie
Złotego słońca i kąpią korzenie
W zapachu ciepłej ziemi, chociaż ledwie
Tyle zajmują miejsca, co obiedwie
Ręce obejmą uściskiem miłości!
Nie więcej trzeba mnie i sercu memu,
By się radować! Grudo czarnoziemu,
Chcę tknąć się ciebie! Chcę do ciebie w gości,
Wiosno! Zbyt długo był chłód, chmury, słota,
Więc nie dziw przecie, że mnie rwie tęsknota
Odetchnąć polem, skąpać się w przeźroczu
Wiatru! Zbyt długo stałem na uboczu,
W cieniu wieczności, gdy to, co doczesne,
Pławi się w blasku! Niech i ja w nim wskrzesnę,
Ożyję z martwych! O, ciepłe błękity!
Cz&s zastarzałe wytępić bronchity,
Którymi duszę i myśl zakatarza
Mgła, co zawiewa z wiecznego cmentarza!

Życiem ci, cieniu, służyłem dość długiem!
A wszak tam musi już chodzić za pługiem
Oracz i woły pogania cierpliwe,
Które lemieszem srebrnym krają niwę
W bruzdy, gdzie kładą się cieniów fiolety,
Gdy skiba dymi jako wołów grzbiety
W błękitym chłodzie poranka. A wrona,
Jak owdowiała po śniegu matrona,
Zadowolenia dając głową znaki
Wybiera tłuste i białe pędraki.
A w niebie dzwoni skowronek w ekstazie
I już kotkami puszą się wierzb bazie,
I wzdłuż dróg topól pielgrzymie pochody
Prowadzą wiosnę z pól w wiejskie zagrody,
Gdzie już piejące z wielkopostnej nuty
Grzebią się w gnoju ogniste koguty.
I w słońcu grzeją się na wpół ospałe
Muchy na świeżej czystych chat pobiale
Lub jak krwi kropla rdzawa główka
Gwoździa biedronka błyszczy, boża-krówka.
Na plocie garnki lśnią brzuchów golizną,
Którą wiatr skrywa suszoną bielizną,
A popod płotem kret wznosi pagórki.
I, obudzona już dla miodu zbiórki,
Półdrętwa jeszcze zabrzęczała pszczoła,
Patrząc, czy z trawy nie wyjrzały zioła,
Czy młodzieńczego puchu lekkie ślady
Już zaczynają ozieleniać sady.
Zakwitną śliwy, zakwitną czereśnie,
Grusze, jabłonie i słowików pleśnie
Będą tęsknoty swej miłosne smutki
Mieszać z woniami bzu, którym ogródki
Wiejskie zapachną, a grządek rabaty
Pokryją śliczne wielkanocne kwiaty,
Hiacynt różowy, żółty i niebieski,
Niewinny narcyz, tulipan królewski,
A wiatr ich wonie przesłodkie poniesie
Fiolkom, konwaliom, co się zbudzą w lesie,
Gdzie wnet roztoczą zieleni powaby
Lipy i buki, i klony, i graby,
Zaszumią liściem jesiony i dęby
I zaczną śpiewać wilgi, kosy, zięby
I opukiwać pnie, w świegotu gwarze,
Dzięcioły, lasu poważni lekarze.
I gdy się zapas zimowy uszczupli,
Ruda wiewiórka wylegnie z swej dziupli,
Bigotka, która gdy ją znuży taniec,
Przebiera w łapkach orzechów różaniec.
I wyjdzie z gęstwy drzew pełen powagi
Sarniuk: chodzące po lesie szaragi,
Na których lisy nie wieszają futra,
Boby musiały szukać go do jutra.
Pod muchomorem usiądzie ropucha,
Niby przekupka pod straganem głucha,
Paciorki rosy sprzedając bogatej
Za złote cętek słonecznych dukaty.
Ślimak, śliniasty ślad znacząc swej drogi,
Popełznie ścieżką, wysuwając rogi
Niby dwa palce ku świętej przysiędze,
Ze ma dom własny, choć żyje w -włóczędze.
Mrówki, niewolne, brązowe Numidy,
Będą budować swoje piramidy,
Znosząc budulec swój szczypta po szczypcie,
Wszędzie na świecie czując się w Egipcie.
Powietrze całe rozdzwonią komary,
Trącając w dromle, a żuki w gitary...
A poza lasem, na pól szachownicy,
Kwadraty owsa, żyta i pszenicy,
Przetkane makiem, kąkolem, bławatem,
Rozbłysną złotym jak ornat brokatem.
Tu gryka niby śniegu prześcieradło,
Tam len jak niebo, co na ziemię spadło,
Kukurydz miecze archanielskiej miary
I słoneczników ogromne zegary
Roztaczające złotych godzin szprychy.
A dołem kwietnych dyń złote kislichy,
Z których poranek rosę szczęścia pije...
I wszystko płonie, raduje się, żyje!

Hej, wyobraźnio, hola! Stań w zapędzie
I lot pohamuj! Jesteś w wielkim błędzie!
Do całej krasy tej jeszcze daleko
I wiele wody potoczy się rzeką,
Zanim się jawą twój sen stawać pocznie.
Spojrzyj, przekonaj się sama naocznie,
Ze łąk nie kryje jeszcze zieleń boska,
Jeszcze pierwszego nie widać pierwiosnka,
Ledwo ruszyły rzeki w lód zaległe.
Wiosna jest naga, jak pisklę wylęgłe
Z białego jaja zimy, bez pokrowca
Trawy, jak goła, ostrzyżona owca.
Ale tym lepiej. Biedna, nieozdobna,
Wiosna ta bardziej jest do mnie podobna,
Bardziej przystoi mi niż przepych strojny.
Staję się do dna wdzięczny, bogobojny
Na widok głazu ogrzanego słońcem,
Bo trzeba cieszyć się, przed swoim końcem,
Tym, co los zdarza. Radość nas nie szuka,
Lecz my szukamy jej. Tac jest nauka,
Którą mi daje rada serca bratnia.
Może to wiosna moja już ostatnia?
Życie mknie szybko, wieczność z wolna stąpa.
Nie czas przebierać. Choć uboga, skąpa,
Drogą mi każda chwila! Trudno czekać,
Gdy wszystko śpieszy. Nie chcę się wyrzekać
Żadnej radości. Stoiczna pogarda
Jest rzeczą głupiej pychy, gdy za twarda
Jest kromka chleba dla zbyt słabych zębów.
Mój głód jest zdrowy. Dajcie mi otrębów,
A żuć je będę. Połykałem gładko
Niejedne wióry z tą polewką rzadką,
Która się życiem zwie, lecz nie straciłem
Smaku do jagód, które na pochyłem
Zboczu mem rosną.

Czy kto po imieniu
Zawołał na mnie? Słyszałem w milczeniu
Głos niby z dala, lecz jakby spod ziemi.
Ale daremnie oczyma bystremi
Patrzę za siebie... Nie widzę nikogo...
Lecz czemu nagle coś mnie zdjęło trwogą
I grzbiet mój zdaje się ku ziemi zginąć?
Wiem i nie trzeba mi też przypominać,
Ze od człowieczej myśli, że od trwogi
I od nadziei człowieczej, pod nogi
Okryte znojnym kurzem, cień olbrzymi
Pada na drogi naszej szlak pielgrzymi,
Cień długi jako noc i dzień, jak życie,
I poza życiem ginący i jawą.
Pamiętam o tym. Lecz żebrak ma prawo,
Gdy głód go nęka, po datek jałmużny
Wyciągnąć rękę i nawet podróżny,
Którego pewny cel pokusą nęci,
Krzepi się ulgą miłej pamięci
I'członki swoje w spoczynku Wyciąga,
Który beztroską mozołem urąga.
Niech i ja wytchnę, niech na mig zapomnę.
Pragnienia moje są tak bardzo skromne.
Czegóż potrzeba mi? Trochę radości,
Uścisku jakiejś dłoni, ust uśmiechu.
Spojrzenia, które sieje blask miłości
Z ócz, co mijają nas w drodze w pośpiechu.
Nawet nie tego! Lecz by się zdawało,
Ze ktoś w pobliżu kocha. Rzeczą mniejszą,
Czy nas! Ot, byle sio'na chwilę małą
Otrzeć o falę powietrza cieplejszą,
O atmosferę serca! Dawno duszę
Z tym oswoiłem, że losu "nie kuszę
Zbytkiem wymogów. Przystaję na niczem.
Nawyk to sprawił. Przed doli obliczem
Nie staję z prośbą "ni czarem zaklęcia.
Gdy wszyscy wzięli, co było do wzięcia,
Mój cms mst-)wał i dlatego puste
Są dziś me'dłonie i w tłomoka chustę
Nic nie włożyłem na zapas, na czarną
Godzinę smutku. Tym raźniej się garną
Wargi me, głodem trawione'boleśnie,
I dobrze właśnie, żem przybył za wcześnie
Tym razem, wiosno! Czekałem lat tyle,
Więc mogę jeszcze "dziś poczekać chwilę,
Nawet chwil wiele! Lecz nie nazbyt długo,
Proszę, bom nieco znużony żeglugą
Po tym czekania zbyt jałowym morzu.
Więc tu usiadłem teraz na rozdrożu,
Wśród pól, co będą wnet zielono-złote,
Lecz jeszcze nagie'są, i mą tęsknotę
Proszę pokornia, by ze mną usiadła.
Trochę znużona jest, bo też nie jadła,
A więc osłabła od czczości i próżni.
Nie dziw, że męczą się głodni podróżni
I nogi ciężą im jak głazu bryły...
Słodycz powietrza pozbawia tak siły,
Jakby młodego wina tęgie moszcze...
O, nie myśl, duszo, że młodym zazdroszczę.
To by istotnie mogło mówić wiele! ?
Sił mi nie braknie ni młodości w ciele.
Ot, patrz, jak lekko przeskakuję rowy,
Wyrywam z ziemi młody pęd dębowy,
Ciężkie kamienie dźwigam i przenoszę,
I gwiżdżę przy tym, i wierzgam jak łoszę,
I wołam głośno: ŤToż to żart! To kpiny!ť,
I robię przy tym zuchowate miny...
Lecz nagle wielki opada mnie smutek,
Aż do dna duszy... Czy to wiosny skutek,
Czy też już dusza nie umie się cieszyć?
Błazeństwem swoim próżno chcę rozśmieszyć
Swe własne serce... Jak puste rozstaje!
Przedwcześnie jeszcze, a późno się zdaje...
Czy późno dla mnie? Czy mi już istotnie
Myśleć o śmierci i dumać samotnie
W ciszy pustelni, przed ludźmi w ukryciu?
Lecz nie wiem przecie nic jeszcze o życiu,
Chociażem stopy wśród tylu dróg włóczył -
Jeszczem się kochać go dość nie nauczył -
Więc cóż mam wiedzieć o śmierci? Kochałem
To, co dalekie, i goniłem z szałem,
Co niemożliwe, choć wiedziałem przecie,
Że nie mam skrzydeł! Jak szalone dziecię
Gwiazd chciałem tykać rękoma i czołom,
A zapomniałem, z moją duszą społem,
Ze stopy moje dotykają kwiatów,
Ku którym gwiazdy tęsknią z swoich światów!
Sam cudzoziemcem uczyniłem siebie
Na tej wzgardzonej, a tak bliskiej glebie!
Chwil zmarnowałem tyle, omieszkałem
Tyle radości sercem opieszałem
I gdy chcę odbić to, czego mi dłużną
Została dola, już może za późno?
Byłem zbyt srogi dla się, zbyt surowo
Chęć poskramiałem każdą, co z namową
Słodką mi złote podsuwała wino.
Nazbyt karciłem duszę dyscypliną
I włosienicą, aby jej nie wabił
Powab przelotny, ażem ją osłabił
Tak, że ją byle wiatr jak źdźbło dziś pognie.
Lecz miałem w sobie wtedy wielkie ognie,
Jednak żar każdy niesycony stygnie.
Miałem ja niegdyś w sercu wielkie dźwignie,
Którymi-m cały świat wznosił do nieba,
A dziś mi świata całego potrzeba,
By podnieść serce własne na radosną
Nutę wiosenną.
O, kochaj mnie, wiosno!

Ty nierozrzutna, oszczędna, ostrożna,
Jakbyś ml także mówiła: "Nie można!"
O, nie! po trzykroć! Nie! po tysiąc razy!
Patrz, wiatr wiosenny dzikimi podmuchy
Precz zeszłoroczny liść unosi suchy,
A z nim wzbronienia wszystkie i zakazy!
Czas mój przemija! Chwil mi już niewiele!
Tajemne drogę mą czekają cele,
Wiem, że mnie wielka jakaś podróż czeka,
Mam odejść... Niechże twe przyjście nie zwleka.,
Niegdyś mi byłaś wróżbą szczęścia raczej,
Dziś jesteś wszystkim! Pragnę cię inacze)
Kochać niż dawniej - gorliwiej i pilniej.
Kochaj mnie mocniej, przenikaj mnie silniej,
Bo serce drętwe i dusza omdlała.
Ostatnia pieśń ma miłosna przebrzmiała
I nowej serce me już nie zaczyna...
Do każdej duszy nie mówię: ŤJedyna!>'
Już dawno tego nie używam słowa.
Nie cisnę dłoni do piersi, co chowa
Zwierzeń i wyznań nadmiar w głębi serca.
Nie rwę na wieniec kwiatów z łąk kobierca
Ni z młodej wierzby nie rzezam piszczałki,
Aby nią imię rozśpiewać rusałki
Słowikom, których kląskanie wydzwania,
Że przyszła pora słodkiego spotkania,
I nie oglądam się za szmerem liścia,
Czy to nie kroki jej tajnego przyjścia...

Kochaj mnie, wiosno! Pragnę się radować,
Pragnę się cieszyć dzisiaj! Ty mnie prowadź,
Młodzieńczy, nagi i drażniący wietrze!
Niech mi twe skrzydło chmury z czoła zetrze!
Biegnijmy z sobą razem na wyprzódki,
Depcmy liść suchy, wspomnienia l smutki:
A kiedy znuży nas wyścig wesoły,
Będziem się krzepić, pijąc sok oskoły,
Którą wysącza brzóz kora nacięta.
Cieszmy, radujmy się! Radość jest święta,
A życie boskie! Znam jeszcze piosenki
Pełne prostoty i pełne podzięki
Za dary życia wiosenne i złote.
Nie wszystkom stracił. Mam jeszcze tęsknotę,
Co kocha nieba szafir, słońca topaz.
Wyzyskać życie chcę, ten krótki popas
Pomiędzy dwiema zagadki. Będziemy
Śpiewać, bo nazbyt długo byłem niemy,
Podając ucho chciwe, bez wytchnienia,
Jeno tym glosom, co idą z milczenia.
Dzień dziś poświęcam pieśniom, które głosi
Serce! Będziemy lekkomyślni, płosi
I nieopatrzni. Jest zbyt wiele przecie
Poważnych, mądrych, rozsądnych na świecie,
Są pracowici, pilni, doświadczeni,
Więc nieostrożni bądźmy i szaleni
I bądźmy śmieszni w swej wiatru pogoni.
Przecie dojdziemy też tam, gdzie i oni.
Skowronki mają swe pieśni podniebne,
Co bezzyskowne są i niepotrzebne,
Kwiat polny ma swą woń bezużyteczną,
A fala pianę pustą i zbyteczną,
Więc miejmy radość swoją, której sprzyja
Chwila ulotna i która przemija.
Świat jest tak mały w swojej bezgranicy,
Ze cały w jednej mieści się źrenicy
I starczy ruchu gasnącej powieki,
Aby go zepchnąć w noc czarną na wieki.
Lecz że niepełna jest żywota czara,
Jestźe mniej smaczna przeto skąpa miara?
Ze upojenia chwile rychło giną,
Czyli mniej słodkie ma być przeto wino?
Ze noc zagraża światłości zatratą,
Czyli mam słońca blask mniej kochać za to?
Radość ma swoje dno i kres konieczny
Ma każda boleść, i nikt nie jest wieczny!
...Dlaczego kroczy za mną ten ponury
Smutek, ta przepaść bezdenna, do której,
Niby do beczki Danaid otchłannej,
Rzucałem życie swe? W ten brzask poranny
Czego chcesz, cieniu, gdy pragnę ozdrowieć?
Mówisz, że życie to jeno zapowiedź,
Ze dni doczesne to tylko pochody
Przez padół nędzy na wieczyste gody...
Lecz choć nietrwałe, chociażby najkrótsze,
Czemu ma smutne być godów przedjutrze?
Odwracam głowę na lewo przez ramię,
Bo mi się zdaje, że ktoś, który zna mię
I mieszka w każdym mroku i milczeniu.
Dłoń mi położył skrycie na ramieniu
I szepce jakąś dziwną tajemnicę,
Która umilka, nim ją uchem schwycę.
Ale to tylko, niosący nadzieję
Jutra, wiatr polny, co się z ludzi śmieje,
Ze nie rozumie nikt jego języka.
Lecz ja rozumiem go i ta muzyka
Pierś mą przenika jakimś nie zaznanem
Wzruszeniem, aż ma krew szumi peanem
Pełnym szaleństwa i dziwnej powagi
T czuje nagle niby ziemi nafcicj
Rozkosz w swym ciele, tak jak mnie przytuli,
Kiedy w niej legnę w śmiertelnej koszuli...
Czemu podsuwasz mi znów myśl o końcu,
Cieniu mój? Czemu nawiedzasz mnie w słońcu?
Czy upominasz się o dział w radości?
Czy chłód twój ciepła członkom mym zazdrości?
Zapomnij mroków za żywota miedzą!
Powiem ci! Kwiaty pachną, a nie wiedzą!
Kwiaty są piękne, a ślepe! Lecz żywe!
Grzeją się w słońcu i chcą być szczęśliwe!
I jam jest ślepy i nie wiem nic zgoła,
Skąd, dokąd idę, jaki cel mnie woła,
I chcę szczęśliwy być, chociaż czas krótki...
Pójdź w słońce, cieniu! Trzebaż ci pobudki?
Radości wiosny, które jutro stracę,
Poważne stają się jak polne prace,
A smutki lekkie jako wiatru tańce.
O, pójdźcie, nocy gońce i wysłańce:
Cierpienia, troski, zawody, rozpacze!
Ujmijmy społem swe dłonie żebracze,
Zatoczmy razem jedno wielkie koło!
Niech będzie smutno! Niech będzie wesoło!
Tańczmy jak z druhem druh, jako brat z bratem!
Chcę się pogodzić z smutkiem, z całym światem!
Nic nie potępiam i klątwą nie czernię!
Kiedy róż nie ma, rwijmy kolców ciernie!
Niech z rąk nam tryśnie, z krwią piękną ponuro,
Ból, co jak rozkosz jest także purpurą!
Słodkie i gorzkie są życia jagody
I nie upaja ni piołun, ni miody,
Lecz pełnia serca nad bezdnią otwartą!
I dla radości życia cierpieć warto!
Ten sam Bóg wielki w tajemniczym dziele
Stworzył cierpienie, co stworzył wesele,
I po to serce jest, aby pieśniami
Łkać i wylewać się boskimi łzami!



Czytany: 8024 razy


=>

Najnowsze


























Top czytanych


























Top Autorzy


























Top Użytkownicy


























Używamy plików cookies, aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. co to są pliki cookie? . WIEM, ZAMKNIJ