Oczy otchłani
Oto godzina snu: tajemna doba
Zaniku życia, odpływ serca, duszy...
Wiecznie powrotna ciemności żałoba,
Która myśl łamie i miażdży, i kruszy
Na miał nicości, na rozprzeg chaosu
W niezmordowanych nigdy żarnach losu.

Zapadł wszechwładny cień... Gdy w piersi płonie
Jeszcze ostatni blask, co dnia otuchą
Oświecał serce, noc swe czarne dłonie
Murzyna kładzie mi na oczy głucho,
Wzrok zalewając ślepoty żywiołem...
I z sercem, które gaśnie pod popiołom,
Ostatnie światło na ziemi zagasło...
Jakiś ptak krzyknie krótkie trwogi hasło,
Zadudni turkot spóźnionego wozu,
W oborze bydlę ryknie u powrozu,
Doleci głosu ludzkiego wołanie,
Dziecko zapłacze głośniej i przestanie - -
I za ślepotą zapada niemota...
Zatrzaskiwane stukną jeszcze wrota,
Pies zaskowycze gdzieś, koń tupnie w stajni
I monotonniej coraz, jcdnost.ijniej
Szumią dalekie, niewidzialne drzewa,
Westchnie wiatr, który w gąszczu przed snem ziewa.
Lecz żadne szumy i żadne westchnienia
Niezdolne bczdni zapełnię milczenia.

O, smutek wielki to, męka to krwawa,
Gdy zewsząd czyha mrok, niemoc, obawa
Gdy z wzniesionymi w modlitwie ramiony
Opada razem duch jawą znużony,
Stać patrząc w ślepą noc stężałej pustki,
Jak w czarną boleść weroniczej chustki,
Co, pociemniawszy w rozpacznej żałości,
Nawet twarz skryła widmową miłości -
I pośród próżni niemej, osowiałej
Swą samotnością świat zaludniać cały!

Noc bez gwiazd: martwa, drętwa, nieruchoma,
Jak dno nieszczęścia, na które człowieka
Ściąga zła siła, tajna, niewidoma,
Co od kolebki jego zgonu czeka:
Ten ból, co, wszedłszy z chwilą urodzenia,
Już nie ustąpi z serca jadu mętem,
Póki nie zeżre go rankiem cierpienia
I nie roztoczy na próchno ze szczętem.
Zawody, zdrady, niewiary i lęki
Przeżyte dawno, skryte zapomnieniem,
Wszystkie zaznane krzywdy i udręki
Znowu się z nocy odradzają cieniem.
Jak nieme tłumy złowieszczych puchaczy,
Które się gnieżdżą w czarnych drzew natłoku,
Wszystkie godziny smutku i rozpaczy
Kupią się, nocy, w twym bolesnym mroku.
A z niezgłębionej oćmy się wyłania,
Jak wieczne brzemię grzechu pierworodztwa,
Jakaś bezdenna żałoba wygnania,
Jakaś bezbrzeżna niedola sieroctwa,
Osamotnienia i pustki poczucie,
Nieuciszoną jątrząc w sercu ranę,
Która się głosi w bezmownym wyrzucie
Za życie jedno, to, a zmarnowane!
O, rozżalenie serdeczne, szalone
Na myśl, że odkąd świat rodzi nas, żywych,
Każde istnienie ludzkie jest chybione
l zmarnowane, bo nie ma szczęśliwych!
Lecz teraz ludzie pod pomroki cieniem,
Który owiewa ziemie tchnieniem skrzepłym,
Odcięci murem snu i znieczuleniem,
Śpią w izbach swoich w zapomnieniu ciepłym,
W bezwiedzy, która już trosk nie pamięta,
Głusi jak głazy, szczęśni jak zwierzęta...

I jestem z nocą sam... O, śnie po znoju
Dziennej udręki!... O, wielki spokoju
Tajnego nieba i ziemi, gdzie ludzie
Rodzą się, tęsknią, kochają w serc trudzie,
Modlą się, cierpią, mrą!... Jak smutno wszędzie!...
Śpi], ziemio!... Niechaj lekkie tobie będzie
To brzemię mroku, co jak ciężkie bryły
Ziemi, walącej się na dno mogiły,
Grzebie w czeluści nieczułej ciemnoty
Twój ból i troski, żale i zgryzoty!...
Spijcie kamiennym, głuchym snem bez marzeń.
Które nie mogą dać nic, prócz przerażeń
Po przebudzeniu, kiedy groźna jawa
Obok wezgłowia niczbłae;ana stawa
W nagiej swej prawdzie... Śpijcie! Ja sam czuwam...
Z miłością ręce swe wyciągam ku wam,
W tej opuszczenia ponurej otchłani,
O, niezliczeni wy, chociaż nieznani,
O, bliźnich duchów bolejących bractwu,
Którzyście życie swe dali pod władztwo
Tęsknoty szczęścia, a z nim sreca żywe,
Wiedząc, że śnicie to, co niemożliwe!
Jednak walczycie w swej drodze tułaczcj
Aż do ostatka przeciwko rozpaczy,
Co jest dnem gorzkim każdej życia czary!..
O, wy spragnieni cudu, a bez wiary,
W.y bez miłości i wy bez nadziei.
Którym bezradność w sen powieki klei,

Wy, coście wielkim znużeniom pobladli,
O, oszukani, zdradzeni, upadli,
O, umoczeni trudem snów i mięśni,
Przepracowani, zgorzkniali, nieszczęśni!
Wy, którym zgarbił żywota znói plecy,
O, wyczerpani, zużyci, kalecy,
O, konający nędzarze szpitalni,
Coście wynieśli z fabryk i kopalni
Starość i niemoc jako plon swej pracy!
O, wy bezdomni przytułków żebracy
T wy włóczęgi, których stopa grzęźnie
W błocie i hańbie! O, skruszeni więźnie,
Króryiii niebionów strop blaskiem bogaty,
Jak chleb na kęsy, skąpo krają kraty,
I wy stwardniali zbrodniarze w kajdanach,
Coście siadali także na kolanach
Matek widzących w was swych dni pociechy!
O, wy skalani przez winy i grzechy,
Których wszak nigdy mogło było nie być,
Gdy innym dano życie bez skaz przebyć!
O, smutna, z bladą twarzą nierządnico,
W której jest miłość równą tajemnicą,
Jak w oblubienic świętych czystej twarzy,
Kapłanko grzeszna bezgrzesznych ołtarzy!
Straceńcze, który w mętach uciech skrycie
Szukasz upojeń, jak święty w zachwycie,
Przez to jedynie odeń nieszczęśliwszy,
Ze po ocknięciu oczy otworzywszy,
Po doraźniejszych odurzeń potędze
Tym okropniejszą widzisz jawy nędzę!
Pasierby życia i złej doli syny!
O, nieszczęśliwi z winą i bez winy!
O, przyjacielu przez pizyjaźń zwiedziony,
Wierny kochanku w miłości zdradzony,
Dziewico wiekiem postarzała, szpetna,
Żono bezmężna i matko bezdzietna,
Ro.-czfn-owany pr/.ez sny i-nnrzycielu,

Każde istnienie ludzkie jest chybione
l zmarnowane, bo nie ma szczęśliwych!
Lecz teraz ludzie pod pomroki cieniem,
Który owiewa ziemie tchnieniem skrzepłym,
Odcięci murem snu i znieczuleniem,
Śpią w izbach swoich w zapomnieniu ciepłym,
W bezwiedzy, która już trosk nie pamięta,
Głusi jak głazy, szczęśni jak zwierzęta...

I jestem z nocą sam... O, śnie po znoju
Dziennej udręki!... O, wielki spokoju
Tajnego nieba i ziemi, gdzie ludzie
Rodzą się, tęsknią, kochają w serc trudzie,
Modlą się, cierpią, mrą!... Jak smutno wszędzie!...
Śpi], ziemio!... Niechaj lekkie tobie będzie
To brzemię mroku, co jak ciężkie bryły
Ziemi, walącej się na dno mogiły,
Grzebie w czeluści nieczułej ciemnoty
Twój ból i troski, żale i zgryzoty!...
Spijcie kamiennym, głuchym snem bez marzeń.
Które nie mogą dać nic, prócz przerażeń
Po przebudzeniu, kiedy groźna jawa
Obok wezgłowia niczbłae;ana stawa
W nagiej swej prawdzie... Śpijcie! Ja sam czuwam...
Z miłością ręce swe wyciągam ku wam,
W tej opuszczenia ponurej otchłani,
O, niezliczeni wy, chociaż nieznani,
O, bliźnich duchów bolejących bractwu,
Którzyście życie swe dali pod władztwo
Tęsknoty szczęścia, a z nim sreca żywe,
Wiedząc, że śnicie to, co niemożliwe!
Jednak walczycie w swej drodze tułaczcj
Aż do ostatka przeciwko rozpaczy,
Co jest dnem gorzkim każdej życia czary!..
O, wy spragnieni cudu, a bez wiary,
W.y bez miłości i wy bez nadziei.
Którym bezradność w sen powieki klei,

Wy, coście wielkim znużeniom pobladli,
O, oszukani, zdradzeni, upadli,
O, umoczeni trudem snów i mięśni,
Przepracowani, zgorzkniali, nieszczęśni!
Wy, którym zgarbił żywota znói plecy,
O, wyczerpani, zużyci, kalecy,
O, konający nędzarze szpitalni,
Coście wynieśli z fabryk i kopalni
Starość i niemoc jako plon swej pracy!
O, wy bezdomni przytułków żebracy
T wy włóczęgi, których stopa grzęźnie
W błocie i hańbie! O, skruszeni więźnie,
Króryiii niebionów strop blaskiem bogaty,
Jak chleb na kęsy, skąpo krają kraty,
I wy stwardniali zbrodniarze w kajdanach,
Coście siadali także na kolanach
Matek widzących w was swych dni pociechy!
O, wy skalani przez winy i grzechy,
Których wszak nigdy mogło było nie być,
Gdy innym dano życie bez skaz przebyć!
O, smutna, z bladą twarzą nierządnico,
W której jest miłość równą tajemnicą,
Jak w oblubienic świętych czystej twarzy,
Kapłanko grzeszna bezgrzesznych ołtarzy!
Straceńcze, który w mętach uciech skrycie
Szukasz upojeń, jak święty w zachwycie,
Przez to jedynie odeń nieszczęśliwszy,
Ze po ocknięciu oczy otworzywszy,
Po doraźniejszych odurzeń potędze
Tym okropniejszą widzisz jawy nędzę!
Pasierby życia i złej doli syny!
O, nieszczęśliwi z winą i bez winy!
O, przyjacielu przez pizyjaźń zwiedziony,
Wierny kochanku w miłości zdradzony,
Dziewico wiekiem postarzała, szpetna,
Żono bezmężna i matko bezdzietna,
Rozczarowany przez sny marzycielu,
Działaczu, który padł z dala od celu,
O, zapomniani i nie opłakani,
Których imiona w bezkresnej litanii
W czarnej, otchłani niepamięci giną,
O, niezliczona, najbliższa rodzino
Prześladowanych zawodem, wyzyskiem,
Zgryzotą, stratą, chorobą uciskiem,
Wszyscy okryci teraz snem i cieniem:
O, noc jest waszą duszą i imieniem!

Los twardy dał wam żądze i tęsknoty
Bez daru śpiewu, dał ból i zgryzoty
Bez łaski skargi, co pociechę nieci.
Bracia cierpiący, o, niemi poeci,
Którzy nie znacie ulgi swemu łonu
I zostaniecie niemi aż do zgonu,
Grzebiąc w swych grabów zapomnianej cieśni
Nieznane skarby niesłyszalnych pieśni!

Oto podnoszę za was swój głos, śpiewak
Waszych upadków, poniżeń i zniewag. -
O, wielka ciszo na padolnym łanie!
Modliłem się o sen, dziś o czuwanie
Proszę, nad dusz tych snem, które nie marzą..
Niechaj im stanę ochroną i strażą,
Niechaj osłonię ich miłości skrzydłem,
By ból nie zmącił upiornym straszydłem
Czarnej zatoki, co ich teraz gości
Ulgą spoczynku, jak łono nicości...

Milczenie pieśnią jest twoją, o, ziemio
Dubz bolejących, co w bezwicdzy drezmi:i.
Jedynie w głuszy, którą zionie próżnia,
Pracuje serce me, ta wieczna kuźnia,
Która rozżarza drogie duszy kruszce
Pod młot boleści... A nieszczęścia wróżce,
Sowie podobna ironia drwi z dala
Okiem szyderczym z mych trudów kowala,

Któo clicr przekuć swej tęsknoty pracą
Ten świat niedoli ciemnej... przekuć - na co?
Przekuć cierpienie na miłość, na wielką,
Jedyną miłość, co jest zbawicielką!
Na miło<ć nawet samego cierpienia!
O, błędne koło, które opicrścienia
Wszechświat olbrzymią ułudy obręczą,
Kędy sio plączą i wiją, i męczą
W krwawym serdecznych wysiłków mozole
Święto tęsknoty, jak w męczeńskim kole,
Nq którym, dyikie swe wpijając pięście
W martwej Fortuny pierś, jedzie nieszczęście!
O, błędna praco człowieczej tęsknoty,
Co własne życie rzuca pod mąk młoty,
Z serca swojego czyniąc im kowadło,
Ażeby wykuć majaczne widziadło,
Co, postawione na surowej warcie,
Narzuca głodom żądz samozaparcie,
Głosząc, że człowiek jeno to w rozbiciu
Ocali, czego wyrzeknie się w życiu,
Lecz zawsze jeno tęsknotę ocala
Serca, wiecznego własnych mąk kowala!

Za mocno bijesz, serce me, za mocno,
W tę odrętwiałą, czarną porę nocną!
Za silnie tętnisz wśród tej niemej ciszy!
Milcz! Jeszcze ślepa trwoga cię usłyszy!
Jakaż od nocy czeka cię pociecha,
Gdy kołataniom twym dzień nie dał echa?
Słyszysz?... Coś budzi się, coś się wyłania...
Jak gdyby jakieś szepty i stąpania,
Kroki, co idą ku twej bezotusze,
Lecz które tłumią czarne nocy plusze...
Coś z mroku błędne swe wyszczerza ślipie...
I z głębin cienia wypełza z zasadzki
Strach!... Pręży swoje ramiona polipie,
Wyciąga długie, rozciągliwe macki,
A za nim suną chyłkiem chłodne lęki,
Gady ohydne z szakalimi szczęki,
Oslizłe, szlamem oblepię poczwary...
Syczą wzywając na me serce kary
Za jego miłość słońca, za tęsknotę
Moje} do światła!... Śmiecą się chichotem,
Samotną moją wyszydzając mękę...
O, znam te widma. O, znam tę piosenkę,
Którą mi źpiewa każdy zmierzch i jebień,
Kiedy więdnące liżcie zmiata wrzesień -
I każda słota, co bębni na dachu
B^arhz beznadziei... O, czego chcesz, strachu?
Czemu mnie ścigasz, wlokąc ból w swe ślady?
Chcesz, bym uwierzył, ze nic prócz zagłady
Nie czeka serca?... Czemu twe szyderstwo
Syczy mi w uszy, ze li przeniewiei stwo
Swym snom jest ulgą i spoczynkiem duszy?
Czyż żądam ciszy? Czyli pragnę głuszy
Zgiełkowi temu, który wieczną wojną
Uczuć udręcza mą pierś niespokojną,
Kryjącą w sercu mym dartym na ćwierci
Namiętność życia i tęsknotę śmierci -
Tającą we mnie w niepojętej zgodzie
Pragnienie nccy w wiecznym światła głodzie?...
Czemu mnie gnębisz, o bólu! Walczyłem
Wytrwale, potem okryty i pyłem
Dróg, które zszedłem w tęsknoty włóczędze .
Bez skargi-m cierpiał... Kochałem swą nędzę...
Czym zawiniłem?... Jedno miałem serce,
I toś mi zabrał... Ale przeniewiercę
Miłości próżno uczynić chcesz ze mnie!
Zmiażdż mnie, złam, dokończ!... Padnę!... Lecz darenmie
Straszysz mnie grozą tej pustki widmowej,
Ażebym zaparł się w trwodze piętrowej
Mej wiary w miłość, co przenosi góry,
Choćby rozpaczy tizecie piały kury!
Nie strasz mnie nocą, jawiąc ją obrazem
Nicości rzeczy wszelkiej'... Wszak z nią razem
Byłem praongiś jednym, nim na niebie
Zadniało światło... Patrzę w noc jak w siebie.
Któż ci jest bliższy, o, nocy tajemna,
Niż dusza moja, otchłanią i ciemna?
Któż ci pokrewny bardziej w swej żałobie,
Niźli ja, nocy, nie znany sam sobie,
Nieświadom nigdy dnia ani godziny,
Gdy powstać ze mnie moi;ą takie czyny,
Jakich bym nie śmiał z swych głębin pomroczy
Wywlec w nagości ich przed słońca oczy!
O, ileż razy drgnienia w sobie czuję,
Co opadają mnie jak nocni zbóje!
O, ileż razy przychwytują wroga
W skrytych swych myślach, takich, że mi trwoga
Przed samym sob} wznosi włos na głowie!
O, ileż razy przychwytują wroga
Przed najciemniejszym, najdzikszym popędem,
Który mnie chwytał szaleńczym obłędem,
Rzucając w zgrozy drżeniu przerażonem
W proch przed mym własnym, nieznanym demonem
Gdy dusza moja łkała wśród ciemności,
Jak rzecz, co prawa już do mnie nie rości,
Najbardziej obca mi już i najdalsza...

Jak mi się ciebie bać, nocy, najstalsza
Z wszech bytów, które zna świata bezbrzeże?
O, czuję z tobą, odwieczne przymierze,
Starsze niż światło i gwiazdy, i słonce,
Co mi istnienia ukazują końce
W brzasku swych wchodów i w zachodów szczątku,
Gdy nie ma końca, jak nie ma początku!
Tęsknota duszy wrodzona człowieczej,
Czująca cześć li dla wieczności rzeczy,
Co niepożyta trwa i nie przemija
I której siła nie zmoże niczyja,
Patrząc, o, nocy, w twą grozę monarszą,
Uwielbia w tobie swą wieczność najstarszą!
Zawodzi dzień, godzina, pora roku,
Jak woda w dłoni pierzchliwa, przelewna..
Tyś niezawodna, niechybna i pewna,
Jak kres ostatni śmiertelnemu oku.
Zniknęły trony, mocarstwa i króle,
Łaski ich dłoni i biczów ich bóle,
Zginęły szczepy, pokolenia, ludy,
Którym stawiały pomniki ich trudy,
Mrą wiary, świetność czernieje jak sadza,
Przebrzmiewa sława i przemija władza:
Ty, płaczko wierna nad każdą mogiłą,
O, nocy, zawsześ jednaka i wszędzie,
Ty, która byłaś, kiedy nic nie było,
I która będziesz, kiedy nic nie będzie.

O, głębsza stokroć niżeli dzień blady,
Nocy bezgwiezdna, ty, co nie znasz zdrady,
Blichtrami blasków nie łudząc źrenicy;
O, nie dająca żadnej obietnicy
I przeto prawdy nam dotrzymująca,
Jawiąc w pomroku czarnym i bez końca
Świat takim, jakim jest w rzeczywistości:
Głuchym i ślepym dnem obojętności,
Z którą ma walczyć po kres dusza dzielna!
Nocy bezgwiezdna, ty na wskroś rzetelna,
Ponad pozorem będąca i kłamem,
Mówiąca zawsze milczeniem tem samem
Za zapytania tęsknoty obłędnej,
Lecz chowająca dla niej lek niezbędny,
Sen znieczulenia, hojna, miłosierna:
Tyś wszystkim, żywym i umarłym, wierna.

A jednak nikt cię nie kocha, o, nocy!
Chociaż świat tęskni do ciebie w niemocy,
Nikt cię nie kocha miłością, lecz cieniem

Duszy: znużeniem, smutkiem, zniechęceniem,
Nieledwo gniewem, nienawiścią prawie!
Za litość, którą darzysz nas łaskawie,
Duszę swą dajem w uścisk twój siostrzany,
Jak więzień daje swe ręce w kajdany,
Jako skazaniec głowo pod miecz kary!
O, macierzyńska ty, szczodra bez miary,
Ty, co w objęciach swych dajesz przytułek
Smutkom jak rojom znużonych jaskółek;
Ty, co jak pszczoła w ulu miód i woski
Zbierasz w swym wnętrzu wszystkie nasze troski;
W ogarniającym wszystko ciemnym łonie,
Jako w miłosnej, głębokiej skarbonie,
Gromadzisz w czulej, najskrzętniejszej pieczy
Każde strapienie, każdy ból człowieczy:
O, cóżeś winna, że w swej tajemniczej
Toni nie możesz kryć żadnych słodyczy,
Gdy ich nie daje dzień, a dusza żywa
Wnosi jedynie w twój spichrz cierpień żniwa.

O, nocy! Połóż się na sercu mojem
I płacz!... jak siostra smutna, jak kochanka!
Słuchaj, jak bije we mnie bez ustanka,
Jak ty samotne, tłucze nieukojem!
Płacz! Nie odepchnę cię twardo, nieczule,
Lecz cię w pieszczocie najtkliwszej utulę
I odziać ciebie nie mogąc w wesele,
Miłością moją z tobą się podzielę,
Której jest, wśród mych próżnych ramion splotu,
Nadmiar, miłości nadmiar, bez przedmiotu!
Ileż tęsknoty we mnie! Jakże cierpię!
Nocy, kochanko! O, jakże wyczerpię
W pustce twej morze pragnień i katuszy,
Ja, co w dnia pełni nie znalazłem duszy,
Której bym oddać mógł, czym w żądz obłędzie
Serce me wzbiera ponad swe krawędzie?
Jak w tobie swoją treść wyczerpię całą,
Ja, co mi wszystkich słone i gwiazd za mało,
Za mało ziemi, świata do kochania
I pozaświata, który tajn osłania?
Jakże wyczerpię otchłań duszy w tobie
Nocy posępna, słońca i gwiazd grobie,
Z której li nowe tęsknoty się legą?

Smutek jest we mnie, lecz ten, co potęgą
W bezgraniczności jest swojej i siłą,
Który me łamie się pod bólu bryłą,
Lecz im go więcej brzemię mąk ugina,
Tym się odpręża mocniej, jak sprężyna,
Pragnieniem szczęścia, marząc kwiat paproci!
Nocy, o, ileż w głębiach twych dobroci
Mogłoby ludzi szczęsnych być udziałem,
Gdy w opuszczeniu mem gorzkiem, zbolałem
Taki ekstazy czar spływa rozrzutny
Na mnie, co jestem samotny i smutny'

Chłonę, o nocy, tęsknotą mej duszy
Cały twój bezmiair, a z mm gląb katuszy
Ludzkiej i ponad przestrzenią i czasem
Wyrastam w tobie potężnym Atlasem,
Który bezbrzeżnym otoczona cieniem,
Obarczon głuszy kamiennym milczeniem,
W którym śpią wszystkie cierpienia i bóle,
Dźwiga na barach całą ziemską kulę,
I, idąc z srrasznym ciężarem w zapasy,
Duszą przedłużam się we wszystkie czasy,
Sięgam istotą swą we wszystkie strony,
Tym nieśmiertelny i tym nieskończony,
Że ból graniczy już z nieskończonością!
O, płonąc równą boleści miłością!
Miłości! Rozpal mi serce i zacznij
Brzask przed dnia świtem' Nocy! Któż rozpaczniej
Pragnie cię, k'tobie kto tęskni namiętniej
Niż ten, którego serce nazbyt tętni,
Niż ten, co kocha najmocniej, co dźwiga
Ciężar i zgina się jako łodyga,
Cierpi i kiedy skra wszelka ochłódła,
Do mroku sięga, do twojego źródła,
Kędy pierwotna, prawieczna, prastara
Tajń bezimienna bytu drzemie skrycie
W najgłębszej nocy zaczyna się wiara.
Jako w niej pierwsze poczęło się życie.

O, nocy! W twoje spowity otchłanie
W oczach swych niosę miłości świtanie!
Skroś bezmiar mroku czarny ślepy, śpiący
Przenika w ciebie Bóg we mnie goszczący!
I oto głuszą swą owiana ciemną
Tęsknisz, o, nocy, aby płonąć ze mną,
Tęsknisz, by stać się ogniskiem radości,
Potężnym słońcem wszechludzkiej miłości!

Oślepnij, widmo śmierci, lęku zgonu,
Który się wdzierasz na szczyt nocy tronu
Trupim, kościstym upiorem rozpaczy!
Strach, co źrenicom obłędem majaczy,
Bezsilny spada i ginie w niemocy!
O, ileż światła jest w najgłębszej nocy
Miłującemu oku, co przewierca
Spojrzeniem wiary gąszcze czarnej głuszy!
Niewiaro, któraś jest lenistwem serca,
Zwątpienie, któreś jest podłością duszy,
Objętności, zimny, biały tynku
Na próchnie myśli, gińcie! w upominku
Biorąc wieczyste, nieme zapomnienie,
Któremu nawet grobowe kamienie
Mchem nie porosną, bo niech nie oklei
Nieczułych głazów mech barwą nadziei!
Duszo miłością silna, wiarą chrobra!
Kochaj, spodziewaj się, wierz!.. Noc jest dobra!
Dobra noc! - szemrze zmierzch chatom padoła
I przytakują mu senne drzew czoła.
Dobra noc! - szepce od wieków bezwiednie
Mądrość tych, którzy pracowali we dnie...
O, pracuj, serce, męcz się! Niech cierpienie
Ubłogosławi ciebie! O, znurzenie,
O ty, jedyne do spoczynku prawo
Tym, co bolesną zarobili jawą
Przywilej ciszy o zmierzchu błękitu,
Kiedy harmonią jest wszelki brak zgrzytu
I wielkim szczęściem pogody brak męki
W schyleniu czoła i w opadzie ręki,
Kiedy żywota dzieło jest u końca
I spaść owoce mają, co się złocą...
O, duszo, każda noc jest Wielką Nocą,
Z której się rodzi zmartwychwstanie słońca,
Nieznana, z twarzą zakrytą nadzieja,
Choć z niej zasłonę zdejmuję - pewno nie ja...

Spokojnie wkoło, cicho, dobrze, ciemno...
O, czuję kwiaty rosnące nade mną...
Słodkie wywczasie wieczny! O, śnie we śnie.'...
Me serce bije jeszcze?... Czy za wcześnie
Jeszcze mi spocząć wśród pomroczy błogiej?
Ach, jeszcze swojej nie skończyłem drogi!
Czy-żem dość bolał? Czyli dość kochałem?
Czy-żem znużony dość duchem i ciałem?
Czyż się powołam na niemoc ostatnią?
Cóż mi poręcza, że skończyłem bratnią
Pracę miłości dla szczęścia, spokoju?
Że dusza straż swą odbyła westalki?
Żem już wyczerpał wszystkie środki walki?
Spełnił zadanie swe żołnierza w boju?

O, nocy, wielkie, powagą swą święte
Prawo spoczynku! Dzieło me zaczęte,
Lecz któreż może skończyć się w całości,
Póki świat źdźbło zna niesprawiedliwości?
Dajesz spoczynek nam ku sił odnowie,
Czy nim jest słoma, czy puchu wezgłowie,
Głaz samotności czyli pierś niewieścia...
Nikomu prawa nie dajesz odejścia!

Trwać każesz silnie, twardo z tobą razem,
Ale nie srogim tyrana rozkazem,
Jeno uśpioną wśród mroków ukrycia
Niezwyciężoną, ślepą wolą życia!

O, nocy! Straszny, wielki w tobie smutek!
Toć niepoznany potęgi podrzutek:
Bo, zanurzone w twe otchlanne cienie,
Drzemie bezdenne żywota pragnienie!
Bo czymże ból jest, jeśli nie w skrytości
Tym potężniejszym pragnieniom radości?

Na dnie twojego czelustnego leja
Nienarodzona jeszcze śpi nadzieja!
Nocy, spowita w nieruchomość czarna,
Ty głuche jutra i przyszłości ziarno!
Gdy dzień zamyka w swej czary krawędzie,
Co jest, ty kryjesz to wszystko, co będzie!
Gdy zgon to, czego nie ma już, wziął w kleszcze,
Ty taisz w sobie, czego nie ma jeszcze!

Jakąż cię pieśnią sławić mam, o, nocy,
Jak nie miłości pieśnią, pełną mocy,
Miłością samą, tem w sercu uwięziem
Sprzęgłem wszechświata, tym potężnym węzłem,
Który mnie łączy z tajnią wszechjedyną,
Jak dziecko z matki łonem pępowiną,
Ssącą z otchłani istnienia głębokiej
Wszechtwórcze, rdzenne, życiodajne soki!

O, życie, życie! Życia pierś ma łaknie!
Ileż by zbrakło światu, gdy mnie zbraknie!
Mógłżebym spocząć w zacisznej mogile,
Kiedym jest sercem w tęsknocie i w sile?
Nie byłbyż świat ten mniej piękny w swej mroczy,
Gdy znikną moje wielbiące go oczy?
Gdybym nie kochał go w jego ciemności,
Wraz ze mną cząstka zmarłaby miłości!

I choćby serca mego bohaterstwo
Było igraszka li, która szyderstwo
Twoje, o, nocy, z mojej męki stwarza,
A tyś jest siła zła, okrutna wraża:
O, bądź zła stokroć, bądź zła tysiąc razy!
Ja kocham ciebie za boleść ekstazy
Mojej miłosnej, za ogień cierpienia,
Co daje uczuć mi rozkosz istnienia
Wśród walki, wzlotów, upadków i klęski
I tym nad tobą, nocy, jam zwycięski!
Bo jeśli w tobie ironia, nieznana,
We mnie powaga jest - i gdzież wygrana?

Wpatrzony w ciemność swiata, w noc bez złudzeń,
Chowam w swym sercu wiarę w dzień przebudzeń,
W świt, który wzejdzie w miłościwym zlocie -
Wiarę opartą jeno na tęsknocie
Nieznużonego serca, które czeka -
Wiarę w wszechmocną miłość i w człowieka!

Ludzie dalekich serc: przyszłych, jutrzejszych!
Pośród wysiłków najniebezpieczniejszych,
Ocierając się o śmierć ustawicznie,
Żyjcie odważnie, kochajcie tragicznie!

O, walczcie, cierpcie, myjcie! wśród pustoszy
Nocy bezgwiezdnej, bez szczęścia, rozkoszy!
O, bracia moi! Nie błogim spokojem
Jest życie, ale nieustannym bojem!
Niech dzień wam będzie o swe serce bitwą,
A noc najgłębszą o miłość modlitwą!



Czytany: 3687 razy

R E K L A M A

=>