Zaślubiny Ziemi z Porankiem
Ziemia ta jedyna, o twarzach tysiącu,
A z nich jest każda piękniejszą od drugiej,
Srebrnych nici runem okryta, za to dziękuje miesiącu,
Że ciemność krzykiem przerwał jasnym, podczas nocy długiej.

Już się pojawia poranek, czekany, wytęskniony,
Jak na Kapitol, ponad wzgórza wstępuje,
Z Ziemi skaliste, pośród szczytów, korony,
Uśmiechu swego szczerego, złotą barwą maluje.

Jak na skroń ukochaną, wzburzonym okrytą włosem,
Tak na te pola rozległe, co nimi złota pszenica włada,
Pod ciepłym ugięte tchnieniem, pod cichym wiatru sfalowane głosem,
Poranek welon białych mgieł nakłada.

A cóż to ponad ugorami jawi się w płomykach?
Czy to błędne ogniki, w rozstajów kandelabrach?
Cóż to tak pięknie pośród kwiecia zakwita?
To oczy ukochane pobłyskują w chabrach.

A jeszcze niĹźej, dalej, poza polem,
Występ jak porcelana, skała krucha, że chyba wewnątrz pusta,
A pod nią, tak znajomym jawią się kolorem,
Maki czerwone – to muszą być te usta.

Tam też, za nimi, sznurem perły rozsypane białym,
Pomiędzy kwiatami, co się kładą powojem,
Jak te ząbki piękne, marmurowe skały,
A ponad nimi – makĂłw płatki – kochane wargi oboje.

Dalej znĂłw, woda – wielka, jasna, czysta,
Tam, w zwierciadła amfiteatrze, głosy bliższe, dalsze,
Chórem się odzywają, a pieśń ta uroczysta,
Nutą się rozlewa po lesie. Ona weselnym marszem.

Woda ta między knieją, jak wśród szmaragdów diament,
W skarbcu ciemnym złożony, słonecznym jasny tchnieniem,
W tej otchłani czarnej, to nie woda, a chyba atrament,
Składa blask kręgami złotymi – zaręczynowe to pierścienie.

A samą jeziora czaszę, widoki otaczają, jak z płócien zdjęte      flandryjskich,
Doliny i wzgórza, wąwozy ukryte głęboko na wyżynach,
Narzutowe wzniesienia – jak z marzeń arkadyjskich,
Co na szczytach w czerwonych kwitną połoninach.

Ona dziś jak ten pęd niewinny – listkiem młodym okryty,
Zieloną snów plątaniną, one nietrwałe, w dół runą,
Opadną tym rdzawym liściem zwiędłym, co czasu zmarszczeniem poryty,
I się powieki, światłem umęczone, na zawsze już zasuną.

Dziś się jednak weselmy – niech w błękit wylecą gołębie,
Nim czas ręką drżącą złoto przemieni na srebro,
I z kłosów polnych się posypie pszenica, jak liście na tym dębie,
I umniejszy ziarna wartość. Ale czy na pewno?

Pierwej złotem, dalej rdzawym rumieńcem ozdobione przyłbice,
Mieniają się; a wewnątrz niezmiennie – Ĺźmiję więżą, bądĹş teĹź przyjaciela,
Oblicze ciągle inne, tak tej Ziemi zmiennymi są granice,
Na pięknym obrazie fałszywie uwiecznione – węglem kartografa, nie pędzlem Rafaela.

TwĂłj portret Ziemio, na mapie utrwalony,
Zawsze kłamał będzie, chyba, że się zegarne wskazówki dziś położą,
Do snu wiecznego. Na zawsze nieprawdziwy, na zawsze wykrzywiony,
Dopóki się granice inaczej nie ułożą.

Tak i Poranek nietrwały, już nań czekają Wieczoru czarne sępy,
Ilekroć się słońce podniesie i swej wędrówki dokona,
Przed nim poprzedni, za nim już następny,
Jeden on jedyny, jeden wśród miliona.

Gdy żałobny psalm polny wiatr przyniesie,
Czasu wyrok, sędziego o tysiącu licach,
I się słońce utrudzone, świtem znów podniesie,
Na dawną Ziemię w nowych szatach. Czerwonym konturem znaczonych granicach.

On, ze światła zrodzony, w ciemności rozbłyska,
Pozlewa ponad Ziemią, jasne swe oblicze,
Noc czarną przerywa, kroplą rosy w połyskach,
To łza szczęścia, a tyle tych pereł, Ĺźe choć chcę – nie policzę.

Świadek jedyny w skalnej bryle dłutuje,
Idylli obraz; wiatrem, wodą, wśród obłoków pyłu,
Klejnot ciemnożółty wolno w dół wędruje,
To się chyli łodyga. Pod ciężkim kwiatem żonkilu.

Płonie, upada za widnokrąg, jak pąk przedwcześnie ścięty,
Niebo na wschodzie lamentuje, słodkie łzy wylewa,
Rusza w ostatnią drogę – chłodnej Ziemi wargą muśnięty -
Tak skonał Poranek – po niebie się zachodnim jego krew rozlewa.

Ciemna za horyzontem go ukryje mogiła.
I znów się czas pojawia, wybija w zegarze kuranty,
To Ziemia Poranek z Wieczorem zdradziła,
Miast szafiru – granat wybrała, zamiast pereł – brylanty.

*   *   *
Jeszcze jedno pytanie tylko pozostaje, nikt odpowiedzi na nie nie przewidział,
Czym serce Ziemie, skoro się co dzień nowego przywiązuje kochanka?
Coś mĂłwią, to prawda, o wnętrzu stopionym – był ktoś? ktoś widział?
Skalna to bryła… GdzieĹź serce Poranka?

Czytany: 212 razy

R E K L A M A

=>