JK - Liście_akantu .: Wierszoteka Ibki :.

Liście akantu
Kolejna od Ciebie dziś nadeszła wiadomość,
Już z tęsknotą ręce wyciągam, otwieram, odczytuję,
I mdła bladość ciekawą zastępuje czerwoność,
Co na twarzy zakwita, gdy twarz w myślach Twoja przywołuję.

Papier rękami rozrywam drżącymi,
Z koperty wyjmuję, prostuję, rozkładam,
I treść oczyma chłonę ciekawymi,
Jak ziemia sucha po pożodze wodę. Czoło w dół opada.

I zmrożonym wbija się sztyletem rozpacz,
W serce, co bliznami po Twych ciosach, jak ugór zaorane,
I ze świata barwa upływa. Mawiają:
Ale odejść nie chce, tylko lament smutny w oku pozostaje.

Ile kling jeszcze takich, ile chłodnych noży,
Ile wbić Ci zostało,
Ile zimnych sztyletów jeszcze możesz,
Wbić w to serce, aby w końcu ustało?

nie wierzę, mam nadzieję,
Ale ona zawsze umiera ostatnia,
Nadziejo! Tyś wstrętnym rozsądku złodziejem!
A głupich matką. W ciebie moja dusz dostatnia.

Pismo Twej ręki pięknej,
Okiem treści głodnym pożeram,
Lecz w duszy strapionej, w duszy udręcznej,
Wcale łańcuch nie pęka, ciężki ciemiężenia.

Z każdą literą wzrokiem pochłoniętą,
Z każdym wyrazem, zdaniem, formułą, przykrym słowem,
Sypie się ołów, ciężar zwiększa nad duszą mą pękniętą,
Duszą, co na dwie się zaraz rozpadnie połowy.

Jeśli serce uczuć odwieczną siedzibą,
Umysł myśli i mądrości domem,
A dusza rozsądku ludzkiego sadybą,
To u mnie pustka w muru prześwituje skruszonego wyłomie.



Muru, co gwiaździstym zwieńczony jest sklepieniem,
Z oknami, co kamiennym zdobione ostrołukiem,
Co jako pęknięcia w ścianie rozpaczą skruszonej, poczerniałej cierpieniem,
Ścianie, co się w otchłań ciemną z głuchym zwali hukiem.

Mur, co pracą ciężką tak długo był wznoszonym,
Na solidnych wśród opoki stawionych fundamentach,
Z kamienia, co krwią i potem, wysiłkiem urobiony,
Wszystko to przy świadku – architekcie w smutnych na ziemię łzach upada, lamentach.

Ale choć w posadach drży, jeszcze nie runęła,
To tylko w ciemnym śnie wizje, w straszliwym koszmarze,
Duszy, co pod gruzami ciężkimi usnęła,
A może sen rzeczywistością się koszmarną okaże?

Ale choć w posadach drży, jeszcze nie upadła,
Bo ją widok Twój podtrzymuje, raz wspiera, raz popycha,
Wizja daleka, z tęsknoty pobladła,
Dzięki Niej żyję, dzięki Niej oddycham.

Co się jako kolumna w niej ostatnia jawisz,
Sklepienie bólem spękane, tęsknoty siecią spowite pajęczą,
Podpierasz chwilowo, ale na stałe nie łudzę się, nie wybawisz,
Skoro w gwiazdach zapisane, przeznaczone pęknąć.

Koryncka, na modłę porządku uczyniona helleńskiego,
Kształtu tak, że serce rośnie, pięknego,
Jakby spode dłuta wyszła ateńskiego,
Bynajmniej nie z marmuru wydobyta białego,

Bynajmniej nie z miękkiego tego kamienia,
Który bez trudu woda z wolna wydrąży,
Serca bólem ciężkiego nie zniosłaby brzemienia,
Którego sklepienie tylko na niej ciąży.

Ale z irydu wyrzeźbiona twardego,
Co od stali silniejszy,
Z metalu, co od samorodku rzadszy jest złotego,
Od platyny szlachetniejszy,

Co rumieńcem rdzawym wieki jego oblicza nie zmącą,
Choć w każdym innym by się piętno odbiło,
Zębem swym spróchniałym czasy burzliwe nie utrącą,
Metal tak rzadki, że na jedną kolumnę tylko nastarczyło.

I innej nie będzie.
Bo surowca więcej brak już bezcennego,
Nikt ziemi nie skradnie, z ciemnych jej trzewi nie wydobędzie,
Niebieską kruszcu poświatą skropionego.

Metal, którego bryła twarda, zimna, piękna,
By w kolumnę wspaniałą się zmienić,
Wpierw stopić należało. Wrzucono więc by zmiękła,
Do tygla, wśród węgielnych, rozpalonych kamieni.

Skoro więc tylko topić się zaczęła,
W formy negatyw gipsowy ulana,
Wewnątrz się skorupy białej rozpłynęła,
I zastygła, w swej aparycji pięknej ukształtowana.

A gdy białe opadły skorupy i z gorącego ostygła żaru,
Jeszcze z ciemniejszego metalu jawi się ulana,
Metalu, co go więcej języki płonącego nie dotkną pożaru,
Jeszcze twardsza, jeszcze zimniejsza. Zahartowana.

Wznosi się więc dumnie kolumna,
Tak w słońcu lśni krasą, taka piękna,
Zdolna, mądra, inteligentna, rozumna,
Czy to nie miraż? Aż serce uklęka…

W góry samej gzyms się jawi, fryz biały,
Co jak Twe czoło aksamitem pobłyskuje,
Czasu lemieszem ugór nie zaorany,
Jak płótno blade, co się obraz piękny na nim namaluje.

Poniżej dumny znajduje się kapitel,
Jako głowa Twa cudna, z twarzą jedyną, co w chłodzie wyrzeźbiona,
Co cień rzuca na to serce tęsknotą zabite,
Tylko Ona, duszą upragniona.

I okalają głowicę, akantu liście, runo niby złote,
Jako Twe włosy, wiatru poruszone tchnieniem,
Falują w słońcu, niby pole, co zasiane prosem,
A widok ten, ręką niedosięgły, jedynie sennym pozostaje marzeniem.




I samej w końcu sylwetka kolumny,
Powabna, piękna, kształtna, wysmukła,
Ten, sercu tak przyjemny, widok dumny,
Jak porcelana, piękną była, nim się czasem stłukła.

Aż serce rośnie, gdy się oczom pokaże nadobna,
Łzami słonymi się z tęsknoty zwierza,
Za tą osobą, sylwetką, co tak kształtem podobna,
Do klepsydry, co czas do końca mi zostały odmierza.

Ale wszystkie te cuda takie są odległe…
Między Bogiem a prawdą granice zatarte,
Nie wiem już czy wyobraźni nie są one podległe,
Wizje, co dalej męczą serce z bólu starte.

Senne, jakkolwiek, czy rzeczywiste,
Ani Ty, ani ja nie mamy już serca,
Treść ta prawdą dla mnie oczywistą,
Twoje lodu bryłą, kwiecistego pośród ukrytą kobierca,

Moje spłonęło doszczętnie.
W każdej łzie odbite, w okrutnego tego zwierciadłach żywiołu,
Co się wszystkie w kielichu zebrały. Przez gorycz prześwituje mętnie,
Garść popiołu.

Czytany: 236 razy


=>

Najnowsze


























Top czytanych


























Top Autorzy


























Top Użytkownicy


























Używamy plików cookies, aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. co to są pliki cookie? . WIEM, ZAMKNIJ