Sonata księżycowa
O, biała pełnio księżycowej łaski!
Tajny przypływie wezbranego ducha!
O, nocy czysta! O, gwiazd święte blaski!
O, duszo! Wieczność nas słucha!

Patrzę na bladej nocy srebrny kwiat,
Na nieb mistyczna, księżycową różę,
Która rozkwita w zenitu lazurze,
Błogie siwe światło zilewając na świat
I biorąc bezmiar w wszechmocne władanie
Czarodziejskiego spoikoju...
Patrzę w błękitów bezdenne otchłanie.
Drżące iskrami rzadkiego gwiazd roju,
Co lśnią jak marzeń klejnoty zaklęte
l chociaż czuwam. i sen mnie nie mami,
Jest mi, jak gdybym miał oczy zamknięte
I widział wszystko w śnie pod powiekami...

A z źródła nocy srebrnej,
Z nieskalanego, wysokiego zdroju,
Z białej krynicy miesiiąca.
Spływa kojący lek podniebny
Na serce, które gorąca,
Daika tęsknota
Przepala ogniem i męką żywota
Otchłań dobroci,
Miłosierdzia morze,
Bezdeń najtkliwszej litości
Spływa pociechą miłościwej łaski
Na łąki pełne jaskrów i stokroci,
Na puste drogi, ścieżki i bezdroże.
Gdzie z trzodą chodzą ludzie sercem prośoi -
Zlewa się światłem miesięcznej sonaty
Na wiejskie sady i uśpione chaty,
Płynie po łanach żyta i pszenicy
I po ugorach w oparów mgławicy,
Srebrzy wierzb kępy i nadrzeczne piaski
I zmienia strugi w błyszczące przepaski...
Las się odsunął aż po widnokręgi,
Ażeby bliżej być nieskończonośoi,
Co czarem swojej urocznej potęgi
Przestwór zogromnia tak i wyolbrzymia
Ze niknie topól aleja pielgrzymia,
Czoło kościoła małość swą poczuło
I ziemia ściele się kornie i nisko,
Jak opuszczone, drobne 'kretowisko,
Pod nieskończoną milczenia kopułą.

Nieogarniona, rozmodlona cisza.
Która w bezkresy rozszerza niebiosa,
Świątyni mocy blada przeorysza,
W perłowej rosie kroczy niema, bosa...
Trawa u stóp jej pokłonem się wełni,
A ona w płaszcza gwiezdnego całunie
Idzie i w dłoni dzierżąc hostię pełni,
Daje tęsknocie wieczności komunię...

O, czarodziejskie harfy macy letniej!
O, srebrnej ciszy tajemnicze lutnie!
Zaczarowany dźwięku wietrznej fletni,
Która w wiklinach na sen ścicha smutnie!
Podajcie mi wysoki ton,
Który sit; wzbije nad ziemi okolem
I sercem w gwiezdnych nieb uderzy dzwon,
Bym z przepełnionej nazbyt łona cieśni,
Co nie wie, czy jest rozkoszą. czy bólem,
Wylał treść duszy mej w uipojnej pieśni:
Bo pragnę marzyć i śpiewać!

Lecz jakże zmącę
To nieobjęte, ogromne milczemie,
Którym Bóg kazał wieczyście obsiewać
Gwiazdom północnym swych niebios sklepienie?
Jakże potrącę
Tę strunę ciszy, której wiatr, przychodzień
Z najdalszych dali, dotknąć jeno godzien
Niemym całunkiem, bowiem jego wargi
O puch obłoków obtarły jęk skargi?
Jak zbudzę głosom, co harmonię skłóca
I echem rodzi
Lichym .słowem wtór -
Jakże obudzę, w nocy bezgraniczu,
Wielkość milczenia,

Co swej najwyższej świętości dowodzi,
Nieodwołalnie bowiem się narzuca
Na ostatnich rubieżach szczęścia i cicrpienia,
Wobec ogromu mónz i szczytów gór,
W świątyni bożej i w śmierci obliczu...

Nie będę budził tajni nadaremno!

Gdzież słowa,
Które lepiej niż milczenie
Twoje, o, cudna nocy księżycowa,
Wyrażą duszy mojej głąb tajemną,
Te dziwną boleść weselna,
Gdy się samotną czuje nieskończenie,
A w samotności swej tak nieśmiertelną
I tak otchlanną, i tak bezgraniczna,
Że, zda się, całej niewysłownej treści
Westchnienia swego w świecie nie pomieści,
I jakąś mocą groźna, jehowiczną
Wyrasta z siebie, za siebie, nad siebie,
Żądzą przestrzeni rozpiura podniebie
I widnokręgi tęstknotą rosadza,
I praodwieozne gwiazd lokowy kruszy,
Nieogarniona przez się samą władza
Niesytej niebios i wieczności duszy!

Uciszcie się we mnie, o, troski!
Zmilknijcie, żale i skargi,
Echa dnia, które przyśnił zmierzchu pył!
Bo noc swej słodki pocałunek boski
Na me spragnione, drżące kładzie wargi,
Ażebym milczał i śnił!

Święć się noc, tajna milczenia ostoja!
Pokój w objęciach jej duchom stęsknionym!
Milczeniem módlmy się, o, duszo moja!

Módlmy się Bogu i ludziom uśpionym,
Wysokim gwiazdom i srebrnym półmrokom,
Drzewom i kwiatom, ziemi i obłokom,
Tym kwiatom nieba, ptakom i zwierzętom
Drzemiącym w gniazdach, źródłom i zakrętom.
Którymi błyszczy brzeg stawu i ruczaj...
I ty modlitwy ciszy nas nauczaj,
Głazie pokryty mchom, i ty, zielony
Jako mech wężu, i ty, uczepiony
O liść ślimaku... I wy swej nauki
Nam nie poskąpcie, świętojańskie żuki,
Poszukujące, bezwiedne latarnie,
Swojej zagadki, której nie ogarnie
Tęsknota własnych dochodząca przyczyn...
Módlmy się łaniom gryki i koniczyn
I rosie, która osrebrzą je drżąca,
I tchom powiewu, co jej perły strąca,
I księżycowi, w którym towarysza
Upodobała sobie blada cisza.

O, synu, nocy miesięcznej, Arielu,
Życzliwy ludziom duchu sfer niebiańskich!
Pożycz mi swoich skrzydeł świętojańskich,
Ażeby w lotu wolnego weselu,
Zrzuciwszy z siebie szat ziemskich odzienie
I pamięć gorzką, i cierpkie wspomnienie,
Skąpał się czysty, posągowy, nagi
W białej promieni księżycowych magii!

Czyli twe skrzydła, Arielu, nie starczą?
O, czemuż wzlecieć nie mogę!

Jakiś cień przemknął księżycową tarczą
I przeciął światła napowietrzną drogę,
I czarną plamą wzdłuż ziemię przemierza...
Cżyli to sowy cień, czy nietoperza
Przestwór skrzydłami zasępia i smęci?
Czy to mej myśli cień, cień mej pamięci
Zamącił spokój? Kto w ukryciu dysze
Stłumionym szeptem? Kto zakłócił ciszę?
Czyli wiatr westchnął, czy pierś moja własna
Jękła pod nagle zbudzonym wspomnieniem?
Zda się, ściemniała twarz księżyca jasna,
Jakby przelotnym zarażona cieniem...
I ból się żywy iż mej duszy wyłania
I szepce z głębi, że spokój jest złudą
I że jest kłamstwem czystej nocy cudo,
Które tkaniną blasków swych przysłania
Otchłań zła, krzywdy, cierpienia i zbrodni!

Rozświeć, wysoka, niebiańska pochodni,
Mroki mej duszy, w których ból się chowa!
Pod twą obronę, tarczo księżycowa,
Uciekam! Serce me ukryj tułacze
Pod kruszcem swego puklerza!
Niech go nie dotkną skrzydła nietoperza,
Niech na nie nocy złowieszcze [puchacze
Nie patrzą widmem nieszczęścia i bólu!
O, nocy królu!
Księżycu, ojcze, bracie, przyjacielu,
O, powierniku i pocieszycielu
Tylu bezsennych nocy,
Tylu samotnych godzin,
Które wśród ducha trwogi i niemocy,
Od wieków wieka,
Od świata narodzin,
Przeżywa serce cierpiące człowieka!
O, powierniku
Marzeń, trosk, cierpień i smutków
Bez kresu i bez liku,
Które, jak tłumy sierocych podrzutków,
Pociechą twoja przygarnia opieka!
O, cichy druhu, o, pocieszycielu,
Ty, jasne źródło i celu,
Obrazie i wcielenie,
Wieczny symbolu
Najwyższych naszych snów,
Najczystszych naszych marzeń,
Porywów, wzlotów, dążeń,
Którym nie starczy marnej ziemi sążeń -
Uniesień wzwyż, wciąż wzwyż,
Na złotych cudów łów,
Z padołu nędz i bólu,
Gdzie włada miecz i krzyż!
Ku tobie płyną kochanków marzenia,
Których sen światu nigdy się nie prześni!
Ku tobie wszystkich poetów natchnienia
I jak fontanny srebrne, biją pieśnii!
Ku tobie wznoszą się myśli samotnych
I opuszczonych nadzieje,
Blade spojrzenia chorych,
Więźniów oczekiwanie,
Ufność wydziedziczanych, wierzyć ssorych,
Że im się stanie,
Co obietnicą spokoju się leje
Z twych wysokości zawrotnych!
Ku tobie lecą rojenia szczęśliwych,
Tęsknice strapionych i smętnych,
Wszystkich czujących i żywych,
Od świata dni niepamiętnych,
Wzdychania długich pokoleń,
Co wzlatywały mad płazy i karły,
Aby pomarły,
By zostawić złożoną w krzyż podwójną goleń,
Nad którą Małe zęby szczerzy trupia czaszka...

O, klęska! O, porażka!
O, górze!
O, czemuż budzi twe jasne oblicze
Pragnienia duszy naszej tajemnicze,
Których ukoić nie może ani uczynić im zadość?
Czemuż twej twarzy wniebowzięta bladość
Uczucia wskrzesza,
Co dążą w niebo jak pątników rzesza,
Aby, zdobywszy li rozczarowanie,
Zawód zostawić nam na chleb codzienny?
O, jakże ciągniesz ducha w nieb otchłanie!
Jak kusisz serce w głąb tajni bezdennej!
Dokąd mkną niemo srebrzyste obłoki,
Jak falujące, nieskończone morze?
Ożyli to naszych tęsknot nurt wysoki,
Niby ocean o przypływu porze?
Jak rośnie, wzbiera, dźwiga się i płynie
Ta nieustanna, niewstrzymana fala,
Która się toczy po gwiezdnej głębinie
I ku nieznanym kresom się oddala!
Obłoki, tęsnot naszych pobratymce,
W wieczność sunące w cierpliwej pielgrzymce!
O, duchów ludzkich nieznużone hufce
W swej nieprzerwanej, wieczystej wędrówce!
Przez pokolenia, naród po narodzie,
W nie zmordowanym ciągnące pochodzie,
W zdyszanym lotnych prześoigów pośpiechu,
W wszechoboijętoym ,księżyca uśmiechu!

O, niemy Sfinksie na nieb wysoko soi!
Daj pocałunek swój Edypa czołu
Lub zabij we mnie myśl, córę padołu,
Na którym męka, boleść ł zło gości,
Gdzie się nienawiść i zdrada rozrasta
Na ciche sioła i na gwarne miasta,
Gdzie nędza, wyzysk, głód, wojna, choroba
W zniszczeniu sobie i zgładzić podoba,
Gdzie zbrodniarz szaty przywdziewa mocarza,
A oszust słowem miru błogosławi
Tych, którym w piersi żelazny miecz wraża
I zbrojną stopę na kartai im stawi,
I grabi grody, pali wiejskie chaty,
I śmierć w weselne przysyła nam swaty -
Gdzie ciemiężyciel swobody zawiści,
Zga w bratobójstwo dla niecnej korzyści,
Najdzikszym chuciom ro7wiqzuje pt;t;a,
Ażeby ludzi przemienić w zwierzęta,
By frilumfował na zgliszczach zgorzeli
Mrok nad duchami światłości caoicicli -
Gdzie podstęp, chytrość, kłamstwo i oszustwo
Co dzień morduje stokroć w sercach bóstwo,
Gdzie łka siarota i wdowa żebracza,
Gdzie przemoc gwałci, a słabość rozpacza,
Gdizie mezasute nawet piaskiem groby
W łzach obsiadają Łazarze i Hioby!
Wejrzyj na mękę tej ziemskiej dziedziny,
Gdzie cichych Ablów mordują Kainy!
Jakże twa tarcza zbladła! Jak od razu
Srebro się stało podobne żelazu,
A blask pozłocie, którą kłamnic kłndziesz
Na zło nikczemne, na riozbój i kradzież!
I ziemi, której blaski twoje stanczą
Za jej ohydy strój, stajesz się tarczą,
Która pokrywa grzech i złe sumienie!
Zagaśnij, światło! Skryjcie hańbę, ciemię!
Kędyź jest spokój? Kędyż jest ucieczka
Duchom, co śniły miłość na tej ziemi,
Którą braterska, zbrojna, gniewna sprzeczka
Po brzeg zasłała ciałami krwawemi!
Kędyż jest mocarz, co nie w krwi purpurze,
Lecz w niewinności swej kazał na Górze,
Ze czyści sercem, cisi i spragnieni
Sprawiedliwości są błogosławieni?
Kędyź jest miłość? Kędyż się schroniła
Jej światłonuśna, światłowłddna siła?
Czym są jej myśli czyste i szlachetne,
By bezowocne marły i bezdzietne,
Przebywszy drogę życia niepotrzebną?
Czy się schroniły z powrotem w pierś Boga,
Którego broni gwiazd srebrna załoga,
A miesiąc kryje za swą tańczą srebrną?

O, tarczo! Stań się szybą przezroczystą
I ukaż Boga twarz za błękitami,
Który miłością spogląda wieczystą
Na świat cierpiący i czuwa nad nami!
Srebrny klejnocie naszego zachwytu
I upojenia,
U którego szczytu,
Jak u wierzchołka bożej piramidy,
Łączą się wszystkich tęskniących westchnienia,
Tysiąc-tysięczna, wspólna ludzka dusza,
Co z beadna krizywdy, zbrodni i ohydy
Modli się, woła i błaga, i prosi,
Aż na swej drogi nieochyhnym kresie
Znajdzie ostatni cios, który uśmierca!
Czymże jost tiwoja moc, ico morza wzrusza
I ku niebiosom ogrom ich podnosi,
Jeśli mię wzruszy złych i nie podniesie
Ich na wysokość człowieczego serca!

Nawiąż swych świetlnych strun promienne sznury
Do serc człowieczych, w ich mroki się wświeć,
Zapuść w nie swoich srebrnych blasków sieć
I pośród czarnych mętów duszy łów
Najrzadsze perły czystych, bożych snów -
Bo być nie może, aby pod dusz grzechem
Coś się nie kryło, co jest Boga echem -
I na wyżynę swych błękitnych cisz
Podźwignij je do góry,
Ku sobie, w niebo, wzwyż!

Proszą cię nasze smutki i tęsknoty!
Błaga cię nasza boleść, lęk i trwoga!
Odbij w swej tarczy głąb naszej istoty,
Odbij w zwierciadle swym oblicze Boga
Co utajony w 'błękitów ukryciu
Włada na ziemi i króluje w życiu,
I naszym sercem jest i myślą naszą,
Która powraca jedynie do siebie,
Dążąc do Boga ukrytego w niebie!

O, jakże blaski twe, ksężycu, straszy!
O, jakżeś dziwnie podobien żelazu!
Tak bezlitośnie zimny, niemy, głuchy,
Jakby ku tobie nie wzdychały duchy,
Lecz cię owiewał dech lodu i głazu!

Czyliż nie mogą rozgrzać oię nasze westchnienia?
Są-li tęsknoty nasze tak zimne, bezsilne?
Czyż ognia, życia dość nie staje mam,
Że twe oblicze tak martwe, mogilne?
Czymże są nasze myśli, sny, marzenia?
Czym jesteś ty, ty sam?

O, widmo!
O, upiorze!
O, ty cieniu cienia!
Martwa muszlo pod srebrną gwiezdnych piasków wydmą!
Trupie zgasłej plainety wśród niebios sklepi eniia!
Skrzepły zewłoku rzucon w cmentarne przestworze!

O, pusta próżnych snów i tęsknot czaro!

Czy i tęsknoty są cienia pozorem?
Czy i marzenia miłości są marą?
Czy sny są jeno widmem i upiorem?

Bije-ż o martwą nicość ducha skrzydło?

Złudzenie! Omam! Mamidło
Kryjące w sobie, co się duchom śniło
Od dni początku w upragnionej pełni,
Ale się nigdy, nigdy nie spełniło
I nigdy się nic spełni!

Jestżeś, księżycu, trupom w bieli sinej,
A ja kądzielą, co z siebie wyplata,
Wysnuwa przędzę srebrnej pajęczyny,
Aby nią zakryć wieczną nicość świata?

O, bezkresie! Bezmiarze! Przestworze!
Nieskończoności i wieczności morze!
Czyście obrazem jeno zimnej śmierci?
Ruń, bryło lodu! Strzaskaj się na ćwierci
I ukaż Boga twarz za błękitami,
Co się z swej wyży lituje nad nami,
Lecz sam bezsilny jest i sam niemocny,
Sam widmo, mara, cień i upiór nocny
Z ludzkiego ducha wysnuty kokonu,
By pajęczyną od długich stuleci
Niezmordowanie tkanej marzeń sieci
Zakryć okropne, blade widmo zgonu!

Z cierpiących jestem!
Z cierpiących jestem i krzyczę
Z męki i nędzy padoła!
I krzykiem tłukę jak zwierciadło ciszę,
Która zaległa dokoła!...
Lecz nic nie słyszę...
Nie poza tętent om,
Z jakim mi w żyłach gra wzburzona krew,
I poza czujnym szelestem,
Którym zbudziło echo samotnicze
Mojego głosu sen drzemiących drzew...
Z nieb mruga ku mnie gwiazd kuszących siew,
Lecz wzlecieć ku nim nie mogę,
Ażeby rozbić twą milczącą tarczę,
Upiorze niebios, co swe lico starcze,
Jak kwiat mogilny na śmierci łodydze,
Wznosisz nade mną, budząc lęk i trwogę,
Która mi serce poraża!...
I teraz dopiero widzę,
Co pokolenia
Widują od wieka:
Że w tarczy pełni twej, wśród nieb sklepienia,
Człowiek morduje człowieka!
Kain morduje w śnie Abla-Łazarza!

O, czynie niesłychany!
O, bracie mordowany
W jasnym świetle bożeni,
W pełni miesiąca!
Dłoń bratnia - a nie drżąca! -

Zabija leniącym nożem
W ksieżyca białym dniu!

O, Ablu! Ja, sobowtó twój, na ziemi tu,
Od wieków wieka,
Jak sięga pamięć człowieka,
Konała w swej krwi niewinnej,
Ja wieczny, tysiąckrotny,
Co dzień ten sam, a inny!
Wśród zła i grzechu, występku i zbrodni,
Nie doczekawszy jutrzenki pochodni,
W śnie o miłości umieram samotny,
Jak ty na zimnej księżyca pustyni,
Gdzie śmierć tęsknocie wszelkiej kres niechybny czyni..



Czytany: 5740 razy

R E K L A M A

=>