Przez czas

I. Chaos
Co dzień w krzykach wściekłych pacyfików
błękitny łan łamał się w skrzywione oblicza widm,
okręcik nieba burzą zachłyśnięty niknął,
kiedy wstawał zadymiony morzem świt.
Oceany wydęte i głuche jak północ
długo biły o brzegi słabo przykute do nieba.
Morze wyło po nocy do konstelacji. Jak czółno
I~ kołysał się wolno w paszczaro chmur jak żlebach...
Gromy gwiazd rozproszone długo biły w ziemię,
jak alarm noc każda pękała krzykiem trwożliwym i krwawym.

Otchłań dudniła ciężko.
Noc burz łuny odrzucała jak brzemię,
kiedy dzień przerażony w puste wybrzeża zawył.

Kiedy zakuty w wieczne wodorosty
chwytałem burz magnetycznych zwoje w usta odpływów,
odsuwając pejzaże ryb zastygłe, gęste jak ostęp,
nie wołałem wam nigdy - wrogie czasy - przybądź.
Grzmiące retorty fal pękały ostatnim wybuchem,
żeby dzień rozlać w martwe formy zatok
i niebo dzisiejsze wmurować w chłodne i głuche
diuny opustoszałej śmierci, niebo jak lato.

II. Świt
Niebo wylękłe od burz wrzucało oczy - gwiazdy
do lawy oceanów zmarszczonych jak cisza,
do nocy dzwonnej jak słońce, przyjaznej,
kiedy po cichu
świtem
skałami pełzła zieleń jak liszaj.

III. 5 Dzień stworzenia
Zieleń zakwita biało jak niegdyś,
gdy na zaspach nalanych słońcem niebo dyszało opasłe,
kiedy PaProcie cierpkim krzykiem zieleni biegły
przez puszczę różową jak słońce, przez zaspy.
Pliszki żółte - lotne łąki w Powietrzu
sieją cienie na ziemię zroszoną ciepłem,
kwiaty-dzwonki rozwieszone na wietrze
opowiadają świty głębokie jak przestrzeń.
Zielone ichtiozaury spoczynku chodzą niebieskim wybrzeżem,
mrużą oczy od żaru brzrniejącego na palmach,
omijają szakale, które ziejąc na złocie leżą.
Ciepłe niebo kuje słońce jak stałmach.
I kiedy dniem płynnym, zielonym jak gorycz,
spacerowałem leniwie, w chmurę Wtulony jak w spokój,
zbierałem zieleń do sakiew pustych obłoków,
drzewa pędząc - obrzmiałe bawoły - błękitnym ugorem.

IV. Człowiek
Każdy gong darł puszczę na ból i wieczór,
gdy ogień opalił namioty sosen.
Bólu zieleni zmiażdźonej nie moźna nie czuć.
Słyszałem: płakała woda podarta pluskiem wioseł.

...................

Schwytany na wolnych klonach wśród białych gołębi,
płakałem ciszą skrzydeł okutych łzami i troską,
słyszałem jaskry gwiazd nienawiść:
dymy pełznące nad wioską.
O ciepłej północy zakwitłej w lazurowy zapach
ręce ludzkie świat gniotły przed kamiennym boźkiem
i płakał krzyk, który północ z ciszy nieba zdrapał,
i łzy moje nie ludzkie - zbyt zielenią gorzkie.

VI [!]. ***
Przez plaże zarośnięte łąką wiatru i niebem
chodzę, pielgrzym błękitny, przez długie wybrzeża śmierci
zwałami chmur - smutnym wieczornym pogrzebem
szukam słów ludzkich, bo brak mi juź szczerszych.
Kolumnadom drzew objedzonych przez mrowki wieczorów
gram pieśń na kobzach wiatru wydętych jak trzmiele.
W gwiazdach błękitnych nocą mistyczną i roorą
szukam Boga
zgubionego w kościelną niedzielę.



Czytany: 1016 razy

R E K L A M A

=>