Książka leżała na stole...
1
Książka leżała na stole. Na książkę upadł promień
słońca pełnego jak jabłko i zeszliśmy z obrazka
jak chrzęszczący rycerz i jak okuty płomień
kochać czułe zwierzęta i kreślić na piaskach
złotych pustyń - figury, miasta i kanały,
a ludziom dać do ręki owoce nabrzmiałe,
z których, gdy ścisnąć - tryśnie anioł, młot i potok
krwi jak obłok płynącej, i śpiew samolotów,
które by popłynęły lądom, kontynentom...

2
Zbudziliśmy się rano. Był świt. Było święto.
W doniczkach trąb żołnierskich dojrzewały róże,
a postaci obłoków wykute w marmurze
uśmiechały się biało, zastygły tak cicho,
że zdawało 'się: klasztor pełen jasnych mnichów
patrzv w pierwszy dzień zimy na ptasi lot śniegu,
i byliśmy jak konie zatrzymane w biegu
i zakute w pomniki. Właśnie zapadł wieczór.

3
Ślepe dzieci epoki, biegliśmy. Od przeczuć
zachodziły nam oczy gwiazdami i szronem.
Ślepe ptaki epoki. Ten, co jest człowiekiem,
jest dzieckiem i zrzucając skrzydła jak powieki,
z oczyma otwartymi zawsze pójdzie ziemią,
aby nagle przystanąć i z ustami niemo
otwartymi połykać wielkimi haustami
krew, drogi i obrazy.
Wtedy wielkie ramię
uniosło się i nagle wielki strop rozcięło
na tysiąc krajobrazów jak stłuczonych szkiełek.

4
My wszyscy razem ludzie. My wdeptani w cmentarz
wielką stopą tygodni i my, gdy nam dłonie
przymarzły do roboty jak w zamarzłej rzece.
Nie ma ziemi i grobu, jakby dwa obrazy
nałożone na siebie przenikły się razem.
I tylko prześwituje czasem szkielet albo ciało,
albo ścierwo gnijące, albo piersi pałąk.
A myśmy dalej poszli. Aż nam kaszel suchy
tak uszy zakuł, żeśmy już nie słuchem,
ale rękami dzierżąc pióra i kowadła
pustej drogi szukali jakby u zwierciadła,
macając, czy to grób już, czy to jeszcze ziemia.
I śpiąc w objęciach trupów, znamy już na pamięć
wyspy śmierci, jak kamień i krok ciężki znamy,
którym się idzie mimo po ciałach jak drzewa
obalonych czy wyschłych na ziemi przeklętej,
i nikt nam już nie bliski, i nikt nam nie święty,
tylko czasu skorupa płynąc górą śpiewa
jak rzeka nad topielcem, a gdy snem wgnieceń!
w poduszki własnych czaszek, słyszymy od ziemi
oddech węszących nozdrzy przywartych do powiek.
Ślepe dzieci epoki. Tak się rodzi człowiek,
któremu, kiedy serce pęknie, rozcięte toporem -
- nie zadrży.

Nie ma żadnych powrotów. Popękane urny,
z których wiatr wywiał ludzi, zdarzenia i słowa,
to wszystko zatrzaśnięte - jakby wieko trumny,
i ty tylko krwawisz sam jak ścięta nagle głowa.


Czytany: 2131 razy

R E K L A M A

=>