Arab
Klęka mój wielbłąd jak Iman ubogi,
Co się w modlitwie obraca do wschodu.
Jukami garby ładują do drogi,
Kilka daktylów w zapasie od głodu;
U boku szabla dobrze wyostrzona,
W kołczanie śmierci ukryte nasiona.

I łzy i rozpacz są skarbnicą moją,
I z tej skarbnicy lud podły obdarzam.
Śmierć niosę nędznym, co się śmierci boją,
Wesołych cierpień widokiem przerażam;
Gdy na mej twarzy ujrzą boleść srogą,
Szczęśliwi bladną i śmiać się nie mogą...

Puścił się wielbłąd na stepów zacisze,
Spod racic ogień wypryska mu gęsty,
I siodło lekko jak do snu kołysze,
A w zębach żutej trawy słyszę chrzęsty.
Nim księżyc srebrem pomaluje lica,
Więcej ubiegnę drogi od księżyca.

Możnym być muszę, gdy za moją sprawą,
Tylu na świecie płakało i płacze.
Raz kiedy na świat niosłem zemstę krwawą,
Gdym biegł na stepy, wróg ludzkiej uciechy,
Z łez cudzych winne wybierać haracze:
Patrzę: nad morzem uklecona z trzciny
Chata uboga, z ziemi bite strzechy
Kwieciste morza okryły rośliny:
Światło błyszczało przez łatane szyby.
Po strzechach dym się błękitny rościągał.
Ha! czyż mieszkaniec tej nędznej siedziby
Będzie mi jeszcze weselem urągał?

Niskiej zagrody przestąpiłem progi,
Nędza tam była, lecz mieszkaniec chaty.
Człowiek na pozór nędzny i ubogi.
Choć ciężką pracą utrzymywał życie,
Ten drżący starzec, pochylony laty,
Trzymał garść piasku i śmiał się jak dziecię.
Był to ubogi nurek, a w tym piasku
Odgrzebał perły... O nędzo żebraka!
Perły - to perły! tak małe? bez blasku?...
Spojrzałem gorzko na szczęście rybaka,
I wiodłem starca ponad brzegi morza.
Patrz! rzekłem, oto z łupów karawany,
Perła ogromna, błyszcząca jak zorza:
Oto ją rzucam w te wiry, w te piany,
Dostań ją z głębi, a który z mocarzy
Perłę zakupi, da ci skarby złota.

Nadzieja w starca zabłysnęła twarzy.
I wnet się rzucił w wiru fale ciemne.
Zginęła perła, starania daremne!
Wypłynął - była na twarzy zgryzota.

Zatrułem szczęście i pokój człowieka,
Dałem truciznę, dałem mu nadzieję.
O! jakże gorzko nad brzegiem narzeka,
O jak obfite do morza łzy leje!
Widziałem potem, jak poszedł do chaty.
Z rozpaczą upadł na liściane łoże:
I wołał z jękiem i z płaczem: ö Boże!
Byłbym szczęśliwy! mogłem być bogaty.

Śmiałem się gorzko, był to śmiech szatana.
Dalej, wielbłądzie! dalej na pustynie!
Może gdzie radość błyśnie niespodziana,
Nie dam ja uróść tej bujnej krzewinie:
Może gdzie zemsta to serce obudzi,
Już skamieniałe wśród kamiennych ludzi.

Tak koral niegdyś żył pod morską wodą
"e;Zdaniem naturalistów koral jest istotą żyjącą,
a każda z jego gałązek składa się z mnóstwa ożywionych stworzeń.
Nieraz się smucił przewidując burze:
Gdy słońce w niebios błysnęło lazurze.
Koral jak majtek cieszył się pogodą:
Ale zerwany wichrami jesieni,
Skamieniał błądząc wśród zimnych kamieni.

II

Pamiętam kiedyś, było to w południe,
Płynęła zwolna wielka karawana:
Gdy przypłynęła nad pustyni studnię,
Powstała wrzawa ze śmiechem zmieszana:
Tłum cały bieży prędkiemi zawody.
Potem jak stadem spłoszone żurawie,
Gwarzy wesoło i zaczerpa wody...
Ale śmierć była w tej wody przyprawie.
Była trucizna... Ha! po co się śmieli?...
Już piją! piją! jedna twarz pobladła,
Tam upadł drugi - tam bracia skościeli,
I drżąca czara z martwych rąk wypadła.
Rzekłbyś! że Diwy, że ciemni Anieli
Na świat zarazy wyrzucili tchnienie.
Ani tak liczne na brzegu kamienie,
Jak były trupy!... Z całej karawany
Pozostał starzec, młodsi go ubiegli,
Pięciu miał synów - wszyscy trupem legli...
Przybiegł nareszcie, gdzie rozbite dzbany,
Gdzie ciała synów leżały na brzegu,
O! rozpacz! martwe było całe plemię!
Chciwie jak sorbet ochłodzony w śniegu
Chwycił truciznę, z synami się złączy...
Przybiegłem - starca chwyciłem na strzemię,
I szybko w biegu uniósł nas koń rączy,
Spod kopyt iskry rozniecał w granicie.
Uniosłem starca i puściłem cało.
Ha! on chciał umrzeć, ja mu dałem życie,
Gdy w życiu iskry szczęścia nie zostało...

Dalej wielbłądzie! po co zwalniasz kroku,
Gdy mię rozkoszne zajmują wspomnienia.
Tu cicho, pusto - i tylko z obłoku,
Księżyc, posępne czoło rozpromienia.
Gdy człowiek w stepy od ludzi ucieka,
Myśl własna wtenczas jest wrogiem człowieka.

*

Serce jak muszla wyrzucona z fali,
Pełna ślimakiem życie zamknie w sobie;
Cicha - lecz kiedy słońce ją wypali,
Słuchaj! usłyszysz gwar w kamiennym grobie,
Rzekłbyś, że wspomnień napełniona tłumem,
Wszystkie zmieszanym rozpowiada szumem.

II

Dawnemi laty... Jeszcze byłem młody;
Kiedy za strusiem na piaski zagnany,
Bystrego konia puściłem w zawody;
Leciał i parskał i białemi piany

Srebrzył skrwawiony munsztuk i wędzidła.
Struś nie mógł skrzydeł rozwinąć ścigany,
A koń mój leciał jak gdyby miał skrzydła.

Wtem patrzę... między dzikie pustyń głazy,
Jakby czarowne raju malowidła,
Kwieciem błysnęły zielone obrazy.

Pod palmą między źródła kryształowe,
Stała dziewica, królowa oazy,
Omglona w lekkie szaty muślinowe.

Twarz spod zasłony jak księżyc z obłoku,
W połowie widna, skryta przez połowę;
A promień szczęścia jaśniał w czarnem oku.

Szczęśliwa! ona kochała Solima!
Uciekać trzeba od szczęścia widoku.
Oto koń nawet spina się i zżyma.

Dalej mój koniu!... Sroższy nad tygrysy.
Leciałem gnany rozpaczą Kaima.
Koń mnie zrozumiał - zaniósł pod cyprysy.

Tam Solim w cieniu cyprysowym drzymie.
Dzięki ci. koniu! Patrzę, jego rysy
Błyszczały szczęściem... zginąłeś, Solimie!...

Dziewico! wkrótce wróciłem w te strony.
Chciałem się łzami nacieszyć twojemi:
"e;Ha gdzież twój Solim? gdzież twój ulubiony?
Czy jeszcze jesteś szczęśliwą na ziemi?"e;

- "e;Mój luby"e;, rzekła, ..na piaskach spoczywa.
A wiatr pustyni jego ciałem miota:
Lecz skoro pierwsza błyśnie gwiazda złota.
Dusza się jego od ciała odrywa,
Ty nie wiesz! nie wiesz! jakem ja szczęśliwa!
Jego duch w niebios niesiony błękicie"e;Obraz, który tu następuje, jest oparty na podaniu wschodniem, że upiory wracając na świat, piją krew i dręczą osoby, które niegdyś kochali za życia. Arabowie zaradzają powrotowi na świat upiora ucinając zmarłemu głowę."e;
Przybywa do mnie, odzywa się w duszy,
A dusza jego zgaduje przybycie.

"e;Gdy nic milczenia nocy nie poruszy:
Gdy nawet serca, co wzruszone bije,
Zanadto głośnem wydaje się bicie;
On znowu przy mnie, znowu dla mnie żyje
Nie są to zmysłów znikome utwory,
Ja go tu czuję - widzę - on ponury!
Lekki, jak z mglistej utworzony chmury,
Ubrany w tęczy złociste kolory.
Jego glos. długie i długie godziny.
Jak szmer fontanny duszę mi zachwyca:
A gdy ustami dotknie lekko lica,
Zda się, że spadły kwieciste jaśminy.

"e;Potem się zbliża i krwi krople pije.
Ciężkie rozpaczy wydając westchnienie:
A kiedy od niej błyśnie i odżyje,
Gdy w nim już krążą mojej krwi strumienie,
Widzę z rozkoszą, jak źródło wysycha.
On z piersi moich chwyta wątle tchnienie,
I sam z rozkoszą tem tchnieniem oddycha:
Na chwilę moje zatrzymuje serce,
I jego serce zaczyna bić z cicha:
Z oczu mi bierze po światła iskierce.
I jego oko tym się ogniem pali:
Z lic mych pożycza jasnego szkarłatu.
I jego lice bierze blask korali,
Cały rozkwita podobny do kwiatu.

"e;A gdy on smutny wini los i siebie:
Serca Solima zachwycona biciem.
Słucham uderzeń, szczęśliwa jak w niebie!
Że Solim jeszcze żyje mojem życiem.
Wśród nocy w całej piękności i sile.
Błyszczy, jak niegdyś błyszczał w szczęścia chwile:
Lecz skoro pierwsze promienie poranka.
Oświecą niebo w mgły różane strojne.
Próżno go tuli do łona kochanka.
On drży i zwraca oczy niespokojne,
I coraz gaśnie i coraz blednieje:
I tak jak księżyc. kiedy słońce zoczy,
Blednie i we mgłach topi się i mroczy,
Tak Solim w mgły się błękitu rozwieje"e;.

Więc jeszcze szczęścia usnułaś budowę
Zniszczę ją! Solim do ciebie nie wróci.
Znalazłem trupa i uciąłem głowę,
Upiór mogiły stepów nie porzuci,
Teraz dziewica cienia nie zobaczy,
Na próżno czeka każdego wieczora;
I miała umrzeć w objęciach upiora,
Przeze mnie - tylko umarła - z rozpaczy.

*

Dalej, wielbłądzie! tak pusto dokoła,
Czy już na ziemi szczęśliwych nie stało?
Żaden jęk do mnie w pustyni nie woła,
Tylko sęp krąży nad samotną skałą,
I głośno bije skrzydłami czarnemi.
Szczęśliwszych nie ma ode mnie na ziemi.

IV

O nie! ta palma musi być szczęśliwa.
Źródło się kryje pod stopami drzewa,
Patrz, jako liściem miłośnie powiewa;
Kocha się w źródle, przed słońcem zakrywa,
Bo słońce wzrokiem wykradłoby wody.
Lęka się oczu srebrnego księżyca,
Na liściach spuszcza rosę i ochłody;
Wodom niebieskie odebrała szaty,
I dała swoją barwę - swoje lica;
Kocha się w źródle i stroi się w kwiaty.

Stój! stój, wielbłądzie! tę palmę podpalę,
O nie, zasypię źródlane kryształy.
I skona palma w piekielnym upale,
Wkrótce z jej czoła kwiat opadnie biały.
Zostanie sama wśród pustej krainy,
Jak ja sam jeden zostałem wśród świata.
Niech cień uwiędłej wskazuje godziny,
Jak cień cierpienia wskazuje mi lata.

Stój! stój, wielbłądzie, zakończyłem drogę.
Trudno już szkodzić ludziom - śmierć się zbliża.
Czuję do biegu mniej polotną nogę,
I strzała z mojej cięciwy mniej chyża.
Widzę z daleka śmierć posępną, ciemną,
Już się czarnemi skrzydłami nasuwa:
Zasnę... Już widzę, już wkrótce nade mną
Ten wielbłąd, który śmierci nie przeczuwa;
Gdy wicher w stepach posępnie zawyje,
I zwłoki moje toczy przez tumany,
W piaskach się czai, myśli, że pań żyje,
Że się pod śpiące skrada karawany;
Wielbłądzie! pań twój w innym błądzi kraju,
Zasnął na stepach i marzy o raju.

Nie! nie chcę raju - lecz proszę proroka,
Niech mojej duszy da stepy bez końca,
Dzikie i puste, bezbrzeżne dla oka,
I wiecznie wrące promieniami słońca.
A gdy zapragnę, wśród dzikiego błonia,
Na me skinienie niech źródło wypływa;
Niech mi tam prorok wróci mego konia,
Który gdzieś w piaskach pustyni spoczywa;
Niech dla rajskiego duszy zachwycenia,
Step ten mych wrogów okryją mogiły;
Niech mi się wrócą znów młodości siły,
Lecz nie wracają młodości cierpienia.
O lakiem szczęściu serce moje marzy.
Ach! wtenczas będę spokojny! szczęśliwy!
Niech tylko żaden, żaden człowiek żywy,
Tej samotności przerwać się nie węży.



Czytany: 9923 razy

R E K L A M A

=>