Ślina pomarańczy.


Ktokolwiek pamięta odważne podróże
w głowach bez okrycia i, chociaż kilka przedmiotów z tras
we wszystkich kierunkach po Polsce. W każdym mieście anonsowano
najładniejsze dziewczyny w kraju. Życie zdobywania przestrzeni w
okresie hegemonii gumy do żucia. Licytacje o cumowaniu dziesięciotysięczników.
Dla mnie kolejna porcja śliny na pomarańcze i ojca przypominanie,
o okazji na kilka dolarów od cinkciarza przed portem.

Robiliśmy to, co chcieliśmy, nieświadomi innych rozkoszy
- z bezdyskusyjnym kryterium o naszym wygranym losie.
Wybór kierunku studiów zazwyczaj przypadkowy, dopasowany do twarzy.

Słowo cud odnosił się do interpretacji narzekania, bo wszystko było piękne, w
porządku i ewentualnie ok. Budowaliśmy.
Nic nie podlegało poprawianiu, tak mi się wydawało. Do czasu.

Tymczasem, odeszło już kilku kolegów. Nie mogą wiedzieć o tym, że
odwiedziłem wiele portów i nie byłem w wojsku
nie strzelałem do dzieci. Jednak tak jakby naprzeciw
nie poznałem pustki i, to jest w tej regule na życie, ok.

Czytany: 193 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: