List z listopada


Czas drzew i płomienie, gdy są tego samego koloru złota. Wszystko jak spalone, ale jeszcze nie umarłe. Mamy laskę i szczęście oglądania początku końca życia coraz mniejszego świata.

Jesień

Postrzępione namiętnością wzdychania
Nie zamieniają się w kolorowe sny
Sen nie myśli o tym żeby nadejść
Sny przechowają westchnienia

To jest listopad

Wiekuistość wydłużonych modlitw
Jak akademie porozciąganych wieczorów
Zakłócanych szelestem różańców
Nad nieustępliwą marmurową kołderką
Pod którą ktoś śpi inaczej

W spokoju

I w gwarze wspominkowych dialogów
Podsycanych woskowym światłem
Gdzie pod cieniem kolorów chryzantem
Ukrywa się zawsze zagrabiona ziemia

Na tej samej drodze

Miało być przecież zupełnie inaczej
Jednak jak zwykle nikt tego nie przewidział
Niebanalnie oczekiwana chwila zamieniła się w popiół
Stało się tak że skończyła się golgota
A my czekamy na zmartwychwstanie
I tak w obłąkańczej łamigłówce
Szukamy wyjścia na ponowne spotkanie
Z wspólnie przeżywanym czasem   

                     

                                       

Czytany: 1860 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: