Kontuzja. Opowieśc oparta na faktach


Od świtu był w stajni ruch co się zowie.
Od rana auto za autem z rejestracjami z dalekich miast.
Zapowiadał się pogodny dzień. Ani śladu chmurek. Lazurowe niebo.
Przed przyjazdem klientów konie zostały wypuszczone na dziedziniec przed padokiem.
Stado zakotłowało się trochę w stajni , pobroiło przy belach słomy, dopiero jak zobaczyło, że trzymam w dłoni uwiąz do kantara, pognało pędem jeden po drugim na zewnątrz.
Wytrzepałem osiem boksów sprasowaną słomą.
Nalałem do pełna osiem wiader wody, bo koni jest tyle w boksach.
Zaniosłem na widłach siano do boksów.
Posprzątałem betonową podłogę.
- Gdzie jest pani Dominika?
- Nie wiem dokładnie. Proszę szukać na zewnątrz stajni.
- Ile kosztuje lonża?
- Nie wiem. Proszę porozmawiać z córką, właścicielką stajni. Wiem tylko że cennik wisi na drzwiach paszarni.
I tak wkoło Macieju. Każdy przyjeżdżający własnym pojazdem miał różne pytania.
Oczywiście dzieci pytały się o nazwy koni i chciały wiedzieć tak jak rodzice, czy są jeszcze wolne miejsca na obozach wakacyjnych.
Każda przyjeżdżająca amazonka, która już miała jeździecki staż , siodłała i czyściła konie.
Pomagałem w miarę chęci, ale córka zabraniała mi tak robić.
Po licznych jazdach z początkującymi, oraz ze stałą ekipą zaawansowanych amazonek, wyprowadziłem w czasie niewielkiej przerwy konie na pastwisko.
Tam mogły odpocząć i najeść się trawy i mleczów.
A potem córka zabierała je wraz z jeźdźcami wg. życzenia w teren.
Zapadał powoli zmrok. Przy boksach było już ciemno ? jedynie widziałem otwarte wierzeje stajni oświetlone zachodzącym słońcem.
Pędzące stado widziałem tylko z daleka. Wbiegało pędem do stajni.
Byłem wówczas w boksie , gdyż dolewałem wody do wiadra.
- Boże kochany ? a jak pędzący koń zagna mnie w róg boksu...Wyjdź szybko ? pomyślałem.
Czarna Perła ? dziewięcioletnia klacz ? nerwowa i okropnie szybka ? biegła na czele stada.
Wyczułem ją i?
Trzask..
Padam twarzą na betonową podłogę.
Automatycznie wyciągniętym lewym ramieniem biorę impet upadku na dłoń.
Robię równiez ciałem obrót, usuwając się spod kopyt.
Przemęczenie pracą.
Tak to oceniam.

Rezultat ? krwiak na całej lewej dłoni. Poraniony lewy łokieć. Woda utleniona na otwartą ranę i po krzyku.
Lewe biodro ma tylko leciutki krwiak

Miałem szczęście.

Czytany: 26 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: