Panateneja
Powstał Helios od Eubei, Od fal sinych wstał, On na dzień Panatenei Pierwsze hasło dał.
Buchnął nagle, niby płomień, Teraz - jakby spal... Odbił mu się ranny promień Od Sunionu skał.
Na marmury blask swój kładzie I chce czoło wznieść, By rozelśnić hełm Palladzie... Cześć bogini, cześć!

W grodzie, wysoko blask zloty, w miasta zaułkach mrok szary,
Zasiadł na przyzbach, po nocy, starych śpiewaków dum.
Oto już w brzasku niepewnym, słychać ich zmowy i gwary,
Przyszli na święto i niosą siła odwiecznych dum.
Wznieśli ku bogom ramiona; widzisz, na lutniach brzmieć będą,
Jutro powrócą do domów, w siny, daleki świat
Śpiewać, jak tutaj, i dusze starą zagrzewać legendą,
Pieśnią o bogach i ludziach, pieśnią odległych lat.
Jako więc rankiem żurawie, gdy się zgromadzą w polanie,
Ostrym ją krzykiem napełnią, zbudzą odgłosy gór,
Tak i rapsodzi niesforne śpiewy podnoszą i granie
Aż się rozdzwonią im struny, głosy połączą się w chór.

Cicho? słyszysz? w jednolitym pogodzili się już śpiewie
I pieśń płynie zaułkami o Achilla zgubnym gniewie.
Helios stanął na rydwanie, mrok szarawy w pól rozprasza,
I wylania się z ciemności marmurowy lud Fidiasza,
Po zachodniej stronie stoi w ostrym świetle; na twarz bladą,
Na kamienną twarz rycerzy zorze blask czerwony kładą.
A od wschodu na posągach jeszcze nocne lgną całuny,
Lica czernią się walczącym na tle krwawym rannej łuny.
Pieśń wyraźnie dźwięczy w mroku, zda się martwy tłum porusza,
W bohaterów skamieniałych wstąpi dusza, wstąpi dusza...
Tam, na morza sinej fali, na Pireju cichej wodzie,
Bialoskrzydlne, wyzłacane, kabłączaste stoją łodzie.
I jak ryba, kiedy pluśnie, stawia ostry grzbiet do góry,
Czarne statki najeżają żagle ze lnu i z purpury.
Jedna łódź w przystani inna; od piramid widno płynie:
Skrzydeł dwoje, jak u mewy, gdy na wodzie je rozwinie.
Jadą tłumy z puszcz arabskich, gdzie na rydwan Helios wsiada,
I od Thule, gdzie w pomroku na noc chłodną się układa.
Z Cypru ludy zawinęły i od Tracji ciżba idzie,
Od Sycylii brzegów wonnych i od śnieżnych gór w Taurydzie.
Więc z Pireju za stadami różnobarwny tłum pośpiesza,
Z dźwiękiem fletów i bębenków hałaśliwa płynie rzesza.
Już na wzgórek pierwszy kroczą. Wyspy sterczą w mglistej dali,
Wiatr dmie lekko, sine niebo chce się w sennej przejrzeć fali.
Błękit wkoło uroczysty, tylko żagiel lub czasami
Biała mewa gładką siność jednostajnej wody plami.
Wreszcie słońce z mgieł tęczowych otrząsnęło jasną głowę
I wypływa już zwycięsko na niebiosa szafirowe.

Tyś siłą jest narodów, Władców, rycerzy radą, Założycielką grodów, Pallado, Pallado!
Gdzie dziś się moc twa szcrzy, Gdzie władasz od wiek wieka, Od lądów, od wybrzeży, Gdzie zaszedł żagiel Greka.
Od wysp, co w wieńcach piany Wśród mórz głębokich stoją, Brzmią hymny i peany Dziewico, na cześć twoją.
Ateńskich cór robotę U twoich stóp dziś kładą, Szaty ci niosą złote, Pallado, Pallado!


Na Akropol ruszył pochód, już po schodach dum się roi,
Już tam doszedł, gdzie spiżowa z dzidą w ręku Pallas stoi.
Na świątyni marmurowej tarcz złoconych błyszczą słońca.
Patrz, na fryzie orszak drugi wije, wije się bez końca,
Za rydwanem rydwan goni, jeździec ciągle jeźdźca ściga;
Patrz, jak strop Erechtejonu dziewic rząd kamiennych dźwiga,
Każda wiecznie poprzysięgła stać na straży, biała, dumna
I milcząca, jak kapłanka, nieugięta, jak kolumna.

Orszak idzie w pięknym szyku. Kroczy białych starców grono
I fletnistów zgraję wiedzie, w liść oliwek ustrojoną.
Przodem chłopcy z amforami, a na każdym czarnym dzbanie
Stoi Pallas, jakby żywa: takie dziwne malowanie!
Z kadzidłami, z peplum złotym, chór dziewiczy z wolna idzie,
Głowy w kwiatach, szaty w fałdach i chlamida przy chlamidzie.

Młódź harcuje od Cefizu, pośród śpiewu, rżenia koni,
I złocisty pył rumaków berberyjskich nie dogoni,
Sto szat barwnych i sto wieńców, sto wierzchowców bielszych mleka,
Szczęk puklerzy, pieśń junaków zapowiada ich z daleka...
A za nimi po równinie jeszcze jeden orszak miga:
Cztery białe konie rzędem, za kwadrygą znów kwadryga.
Nagi efeb na rydwanie rwie rumaki. Gnane szałem,
Z grzywą na wiatr, chrapiąc dziko, uliczkami pędzą cwałem
Aż w miarowy takt już wpadły i za wozem wóz przelata,
Jak za strofą w jednej pieśni druga strofa mknie skrzydlata.
W górze Helios, boski goniec, wiedzie rydwan za gór szczyty
I płaszcz wlecze po niebiosach, purpurowy, złotem lity.
Od wybrzeża na ląd idą sznury ptaków, co się kładną
W gniazda skryte, idą z krzykiem, aż w równinie gdzieś zapadną.
Morze gładkie, półkoliste, niby wielka tarcza sina,
Poszarzało i od niebios twardą rysą się odcina,
Na tło krwawe wznoszą łodzie poczerniałe w mroku płótna
I od fali z mgławicami wstaje wielka cisza smutna.

Zanim rozpalą pochodnie, Raz jeszcze śpiewy i tany! Niech jeszcze wstaną dziś zgodnie Ku czci Pallady peany.
Młodzież niech ognie otoczy, Raz jeszcze pójdzie w zawody, I nim się błękit zamroczy, Niechaj się wsławia, kto młody.
Bo noc nad światem zapadnie, A ponad mgłami obłoków Los siedzi. Nikt nie odgadnie Jutrzejszych jego wyroków.

Już pogasły wszystkie blaski, szumi głucha, ciemna fala,
Na niebiosach rozświetlonych pierwsza gwiazda się zapala,
Błękitnieje i migoce, córka mroku promienista...
A przezrocza noc przepływa, noc spokoju wiekuista,
Stawiać lampy wśród błękitu. I zapada raz ostatni
I na bogów orszak święty, i na ludów orszak bratni.
Już Palladzie nie przyniosą szat złoconych, nowych pieśni,
Idzie na nią sen bezmierny, sen którego świat nie prześni.
Nie powiedzą już pielgrzymi śpiewakowi: "e;prowadź, prowadź,
Gdzie jest biały gród Ateny, chcemy śpiewać i ucztować"e;.
I czas przyjdzie, że gdy Helios wstanie z chłodnych wód kąpieli,
Głucha cisza go powita w marmurowej grodu bieli,
A choć dawny blask roznieci, złotym okiem nie zobaczy
Nic, prócz gruzów i spalenisk, nic, prócz pustki i rozpaczy.
Stropy dawno się zapadły i do świątyń jasność pada,
Ziemia drgnęła, Fidiaszowa powaliła się Pallada.
I podobne do złocistych, ale gradem zbitych kłosów,
Dziś samotne lśnią kolumny na błękitnym tle niebiosów.

Jedno morze nieodmienne, pełne żądzy i tęsknoty,
Wciąż wytęża się ku gruzom, trąca piersią o brzeg złoty,
Jedna dziewka ta kamienna, próżna bólu, próżna zgonu,
Stoi zawsze dźwigająca złoty strop Erechtejonu.
Ody ją ranny brzask obudzi, widząc żagle łodzi białe,
Pyta jeszcze, czy nie płyną, by Atenie oddać chwałę.
Pierś jej jeszcze drży co rana i przez chwilę ma nadzieję,
Że odprawią się wśród gruzów jeszcze raz Panateneje,
Ze jak z grodów, ze ziem swoich przybywali Grecy wprzódy,
Tak spokojną piękność uczczą rozproszone świata ludy.
I tak czeka w skwarze słońca, aż wieczorna zorza blada
Chłód przyniesie...Wtedy znowu w marmurowy sen zapada
I powtarza, otulona w siniejący mrok zachodu:
Co zostało z bogów rodu? co zostało z bogów rodu?



   

Czytany: 1184 razy

R E K L A M A

=>