Moloch

Już nie pójdę w las głębszy niż oczy sarny,
milczeniem franciszkańskiro ptaków nie wezwę.
Żegnajcie, podróźe po dnie puszcz równika.
Czarne
niebo opada nad miastem.

To wilga ukryta w kominie najwyźszego domu,
wiatr gwiźdźe, stronice powoli przewraca miasto.
Po bryłach soli, płytach chodników
godziny nie zbliżone zganiam,
ciszę nie kupioną na własność.

Każdy zmęczony przechodzień kroki liczy,
układa do rubryk,
setką książek zamyka dzień - miasto zaczytać
i roztargniony
w spragnione wieczory miejskie
na ułamki rozkłada słowika.

A tu...
gdzie bądź w parku usiąść
od warkotu odwisły.
z oczu ptaków zgasłych kurzem stolicy
czytać listy
od Boga do ślepych przechodniów.


Czytany: 753 razy

R E K L A M A

=>