Wschód
Karawany objuczone znużeniem odchodzą przez nieustanną sypkość.
Kołyszą się dni przylepione do liści palmy. Wyblakły od starości pejzaż przeciera się i przez szczeliny sączą się długie korowody zwierząt ociężałych i płowych.
Tu i owdzie naklejono banalnie efektowne świątynie, które odwracają uwagę przybysza od niepokojącej atmosfery krajobrazu.
Wieczorami w mglistych portach kołyszą się okręty uwiązane za maszty do chmur. Gdy obłoki przemęczone zasypiają, statki szybko wyślizgują im się z dłoni i płyną na nocne wędrówki, aby o świcie wrócić i pozorować całonocny sen w porcie.
Gdy obudzony gwiazdami wrzucanymi przez okno kabiny wychodzę na pokład - widzę wielkie, starodawne karawele, które płyną szybko, niosąc na swych pokładach śmierć z wzdętym brzuchem i wysadzonymi, szklanymi oczami. Gwiazdy zrywają się raz po raz z długich, wirujących strun i wpadają w morze z porcelanowym pluskiem. Tam połykają je ogromne karnawałowe ryby z papier-mache, które kołyszą się pod powierzchnią w takt pozytywkowej melodyjki i świecą swymi wypukłymi oczami. Gdy wysiadam na niedalekim bulwarze, błądzę przez chwilę po małej, ciemnej uliczce.
Wiem... tam za rogiem, w świetle latami uśmiecha się żółty kulis odurzony codzienną heroiną wieczoru.



Czytany: 1350 razy

R E K L A M A

=>