Śnieg jak wieko żelazne na oczy opadnie...
Śnieg jak wieko żelazne na oczy opadnie.
O! wy bracia w milczeniu moi - niedorośli.
I Bóg mnie nie przypomni ani mnie odgadnie
z nagrobka przechodzący, aż w tysiącznej wiośnie
może dłoń jakaś biała odgarnie ciemności
i będzie to prawdziwy czas, czas tej miłości,
której u was nie znałem. Bóg - tak sobie marzę -
w błękicie lomym nieba wyrysował twarze
naszym cierpieniem niby maski jasne,
które przymierza tym, tym zaponmianym,
czasem podobne rysom, a czasem za ciasne,
aż trafi - wtedy krwawe zasklepiają rany
i taka błogość nieba osiada w błękicie,
że wraca czas zbłądzony, choć nie wraca życie.

Znacie wy, znacie te organów knieje,
co wyrastają niby skał mocamy obryw
nawet tutaj na ziemi? - To są te nadzieje.
Jeśli w popiele zgrzebnym taki blask, podobny
bożym chyba zamysłem, przed oczy się jawi -
nic są te ciemne ciała, które zbrodnia trawi,
nic są te dymy czarne, ta kurzawy ciemność.
To wszystko nic. I żadna trumna nadaremno.

Bóg tchnął jasność. On mocą łagodnego wiosła
pchnął fale burz tajemnych i ławy stuleci,
i co woda pobrała - to woda odniosła.
On świecił nad tą wodą i jak zawsze - świeci.
Śnieg jak wieko żelazne na oczy opadnie;
popiół zostanie z żarów miłości i gniewu,
a na ziemi dalekiej żaden czas nie zgadnie,
jak rośnie niewidzialnie łask wszelakich drzewo.



Czytany: 951 razy

R E K L A M A

=>