Doły


Przeklęte doły. I to niespodziane.
Orły sokoły. Szarpią tylko rany.
Pochmurne niebo. A śnieg ciągle pada.
Czy trzeba chleba? Guzik. Tylko gadam…

Samotność dręczy. Do jasnego czorta.
Człowiek się męczy. Wnętrza nie posprząta.
Chociażby tłumy wielkie się zjawiły,
Bo tak jest zawsze. No i nie ma siły.

Grono do grona. Buźki uśmiechnięte.
I można skonać. Obłuda przeklęta.
Witam witamy. Czyżby rzeczywiście?
Bo oblepiacie krzesła niczym kiście…

Więc ciasto podać. A może herbatki?
Gorzały polać. Niech bulgocze w szklankach.
Zdrówko zdróweczko. Za cóż to pijemy?
Toż to obłuda. Te rodzinne gremia.

Co człowiek czuje, niech się nikt nie dowie.
No bo się zwierzyć możesz tylko krowie.
Ona nie mówi, ale tylko muczy
W gadaniu człowiek. Jest tak jak ten…ruczaj.

Strumyczek cieknie. Nagle gna szalony.
Potok wnet pędzi. Jest nieujarzmiony.
A ego ludzkie tylko siebie widzi.
Brzydzę się gośćmi. Tak bardzo się brzydzę.

Czytany: 161 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: