Stajenny (3)


   - No, jak się czujesz Marylko? - zapytał stajenny swoją żonę podczas odwiedzin w szpitalu.
   - Troszkę lepiej. Na szczęście noga nie była złamana, tylko silnie potłuczona. Dostałam serię zastrzyków - przeciwtężcowy i przeciwkrwotoczne.
Dalsze długie leczenie będzie przebiegać w domu.
- Jestem wykończona i obolała. Jutro wychodzę do domu - powiedziała.
   - No dobrze. Zdrowiej i o nic się nie martw. Jakoś
dajemy sobie z Dominiką radę bez ciebie - powiedział.
Stajenny nie chciał żony martwić, a więc nie powiedział jej, co wydarzyło się przy wczorajszym pojeniu koni. Córka pojechała do gminy załatwić kilka spraw. Został sam z siedmioma końmi.
Był pogodny ranek. Promienie słońca nieśmiało pukały w okna. Woda z głośnym szumem płynęła do wiader. Słysząc to konie rżały głośno i nastawiały uszu.
Agresywny Lampi doskonale pamiętał, co się niedawno wydarzyło. Teraz, tupiąc kopytem, domagał się wody pierwszy.
- Poczekaj, najpierw dostaną inne. Jeszcze nie twoja kolej - powiedział stajenny.
Gdy przechodził z pełnym wiadrem obok jego boksu, ogier wychylił się i złapał go zębami za ramię.
Zabolało. Stajenny pochylił się i postawił wiadro przy jego bramce. Ogier przyciągnął je do siebie i szybko wypił wodę.
Wałach w sąsiednim boksie uderzył tylnymi nogami w ścianę. Wyginając szyję wężowym ruchem, znienacka ugryzł go w grzbiet. Inne konie zakotłowały się w boksach uderzając kopytami w bramki.
   Stajenny zareagował natychmiast. Otworzył boks Lampiego, unikając zręcznie kopnięcia kopytem w puste wiadro. Płynnym ruchem stopy posłał je za siebie. Odepchnął napierające na niego zwierzę i zamknął bramkę.
Ogier nie dał za wygraną. Uderzył kopytem z całej siły w bramkę, chybiając nogę stajennego o włos.
   - Spokojnie. Jesteś niegrzeczny. Daj się napić innym - powiedział stajenny.
Następnie przyniósł wodę sąsiadowi młodego ogiera. Podstawił mu wiadro pod pysk jedną ręką, przytrzymując je tułowiem. Drugą ręką pieszczotliwie podrapał go za uszami.
Zwierzę parsknęło zadowolone

   Leczenie nogi Maryli trwało niemalże trzy miesiące. Niesamowicie silne uderzenie kopytem zmiażdżyło mięśnie uda. Olbrzymi krwiak w granatowym kolorze uniemożliwiał chodzenie nawet w pomieszczeniu. Opatrunki i zastrzyki w brzuch, wielokrotne punkcje i inne medykamenty pomogły w leczeniu. Do dziś pozostał dół w mięśniach wielkości pięści.







cdn.

Czytany: 134 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: