Czas na Kol Nidrei


Posłuchaj, zaczęli dąć w szofary. Prastarym zwyczajem
rosną źrenice i ciarki na grzbietach. Gdy nadchodzi kobieta,
spuść wzrok, miewa niekoszerne uda i usta. W biustach falują grzechy.
Będą wołać - diaspory łączcie się i wydajcie plony. W skażonych
ciałach urodzą się obawy, z koślawych ścieżek wyjdą węże.



I coraz ciężej będzie na ramionach, ale ona udźwignie,
bo nie wierzy w duszpasterzy i świąteczne nagonki.
Nie zastąpi karmy głową zwierząt, a nierząd nie w niej,
ale w żądnych złota iskariotach. W górze otwarte księgi,
przysięgnij, że nie chcesz żadnej rzeczy która jego jest.



Wśród klęsk i zwycięstw - wybór jest jeden. Starym credem
się podpierasz, maczasz jabłko w miodzie. Na co dzień
kąpiel w mykwie zmywa prawdę i krew. W dole śmiech,
kwef dla niepoznaki, a łaski znikąd. Dzikość.



-A.G./01.09.11/

Czytany: 291 razy

R E K L A M A

=>
Wierszy tego autora: