Jak nieznajoma idąca przez deszcz
Siedzi w deszczu promieniach tęczy
dziewczyna w czarnym płaszczu.
Jakby trochę za duże buty mokną
w kałuży.
Na zarumienionych policzkach myśli
się kręcą.
Może jak co wiosnę zamienią się w
piegi, by jesienią mogła policzkiem
ogrzewać poduszkę, która zapachem
bzów przenosić ją będzie w sen.
Z błękitnego spojrzenia wyrywa się
fascynacja pąkami na jabłoni
budzącymi się do życia.
Jest jak błyszczące czerwienią
jabłuszko, by z małego pączka
wytrysnąć w kwiat młodości.
A przez kryształowe dłonie
przesypuje się piasek.
Twarz rumiana niczym blask
pomarańczy w słońcu,
uśmiech czarujący jak truskawki
ze śmietaną i ten szelmowski wyraz
oczu, co magnetyzuje i zniewala
swoją głębią.
Wzycha rozmarzona do
zbuntowanego nieba.
Rzuca ku słońcu kamyczek w kształcie
serca mając nadzieję, że doleci
i srebrem zaświeci.
Nasłuchuje trzasku gałązek pod
butami i znów zamyślona siada na
ławeczce.

Po co jej dobrobyt skoro i bez niego
jest szczęśliwa?
Po co jej poklask publiczności?
Przecież budząca się przyroda jest
sama w sobie reczitalem.
Wybuch zielonych listków pnących się
ku słońcu, to kaskada sztucznych
ogni.Rumieniące się białe różyczki, to
rozsiewające pyłek nadziei zielone
elfy.
Kruche jak sople lodu pajeczyny, to
wrota do wspomnień pachnących
dzieciństwem.
Deszcz obmywający nagie dłonie
i ramiona, to lustrzane odbicia
zmysłowości jej oczu.
Krople deszczu spływające na
brunatną ziemię, to jej własne
porcelanowe klaszczące dłonie.
Świergot wróbelka nad jej głową, to
jej własny śmiech przemykający
w koronach drzew.

Przytula sie do drzemiącej brzozy.
Wsłuchuje się w bicie swego
niespokojnego serca.
Pragnie zespolić go z ruchami jego
ślicznych ramion.
I nie potrzebuje fałszywej
skromności skoro ma słodycz brzozy.
Z hukiem lecą kolejne pioruny
z szarego nieba, aż w mieście
pewnie drżą szyby w przestrachu,
nie wiedząc jak groźne potrafią być
te bicze.
Fascynują swą nieobliczalnością,
hipnotyzują.
Lecz tym, co próbują je ujarzmić
gotują przykry los.
I tylko rozwarzni i romantyczni mogą
podziwiać ich szaleńczy taniec by
uderzyć oszałamiającym blaskiem w
głębie spojrzeń porywając z dna
serca ostatnie okruchy
niezdecydowania.

A każdy złoty blask ich pijanych
z frustracji oczu to jeden miesiąc.
A każdy pachnący innymi perfumami.
Każdy z nich nosi jej imię.
W każdym błyszczy się olśniewająca
perła z naszyjnika, który wiatr jej
obiecywał i którego nie zdąrzył jej
podarować.
Śmieje się do dziecka, które właśnie
przebiegło obok niej z latawcem
w dłoniach, a ono odpowiada na jej
gest z zadowoleniem.
Jak bardzo zazdrości mu tej
dziecinnej beztroski.
Jak bardzo chciałaby być lekka jak
ten latawiec.
Lawirować wśród puchowych chmur
i tulić się do nich.
A dlaczego nie?
Jej serce nie musi smucić się i tęsknić.
Z przyjemnością wskoczyłaby do
fontanny odlanej z błękitu nieba,
tryskającej tęczą.
Lecz wtedy zapach nieosiągalnego
straciłby smak.

Lepiej wstać i z uśmiechem na twarzy
bez celu pochodzić sobie po kałużach
rozmyślając o kroplach moczących jej
twarz.
Nie, nie potrafiłaby znieść myśli, że
coś tajemniczego do tej pory
zamknięto w kufrze na strychu i, że
to stało się czymś zwyczajnym.
Na ławeczce pozostaje ciepły ślad jej
dłoni, a na korze czuły dotyk jej
palców.
A w kałuży jej ślad weselszy niż
tęcza na niebie.
Zgodę na uwolnienie westchnienia z
piersi może tylko jej niespokojna
dusza.
Wolnym gołębicom nigdy nie wolno
nic robić wbrew sobie.
A ludzie nie mają prawa zamykać ich
w złotych klatkach.
Więc staje dziewczyna w czarnym
płaszczu na wzgórzu gdzie wiatr
ucieka na wszystkie cztery strony
świata i leci z nim tańczyć walca na
strunach utkanych z pajęczyny.

Czytany: 1380 razy

R E K L A M A

=>